To był ciężki tydzień. Pod wieloma względami.
Pracy dużo, stresująco i w walce o kolejne pieniądze. Tak niewiele czasu dla siebie i drugiej osoby, czasu spędzonego razem, co utrudniał fakt, że Słońce przez ostatnie 1,5 miesiąca pracując i ucząc się jest poza domem od 7.20 do 20-21. A jak już wraca ledwo żywy to ma siłę tylko zjeść i położyć się spać.
Po warsztatach wywala nam jak jasna cholera. Nie ma to jak ruszyć temat, który mocno narusza samoocenę i jako takie poczucie tożsamości, fundamenty świata, w którym żyję. Oboje widzimy jak nam ciężko, że to chwiejne nastawienie potęguje ilość mniej lub bardziej nieprzyjemnych zdarzeń, które mają nam pokazać jacy to jesteśmy do rzyci i wszystko w naszym życiu też. Mnie wkurza to, że półprzytomny ze zmęczenia zostawia wokół siebie burdel, on odnosi wrażenie, że robię problem tam, gdzie go nie ma, jakby mało miał na głowie… Tak więc zbieramy w sobie całą samokontrolę, by nie traktować wszystkiego co powie druga osoba osobiście i się nie ranić. Niezła szkoła empatii, dojrzałości emocjonalnej i związkowej.
Ale najzabawniejsze jest to, że mając jazdy nie z tej ziemi, jednocześnie pojawił się niesamowicie silny opór by nic nie zmieniać, nie medytować, nie afirmować itp. Podświadomość pokazała swoją zachowawczą stronę, zgodnie z zasadą, może i jak coś zmienię będzie lepiej, ale może i gorzej, a to co jest chociaż znam….
Dzisiaj, jak Słońce wyjechał na weekend, zaraz po tym jak wyszedł, coś we mnie pękło. Pobeczałam się, stwierdziłam, że mam dość, nie chcę się tak dłużej się męczyć. Z sobą, pracą, życiem. Mam dosyć ciągłego – jest lepiej, chcę by było w końcu naprawdę dobrze. A przede wszystkich chcę osiągnąć wewnętrzny spokój i pogodę ducha. Kiedyś je miałam, ale były zbudowane na niedostrzeganiu wielu spraw i tłumieniu niewygodnych uczuć. Teraz jest zdrowiej, szczerzej z samą sobą i innymi, ale jeszcze nie wszystko pouzdrawiałam. Czas przejść z etapu poznawania swojej ciemnej strony w konsekwentne pielęgnowanie jasnej.
To niesamowite, ile w człowieku potrafi być lęku przed zmianą. Czuję się czasem tak bardzo mała i słaba. Doceniam ile już przeszłam, uzdrowiłam i nauczyłam się, ale widzę też ile jeszcze jest do zrobienia, chociażby po efektach w moim życiu. A jednak przed ostatnie kilka tygodni wykonują może z 1/4 praktyki duchowej jaką robiłam kiedyś, a jak już to tak płytko, jakby “byleby nic nie dało”.
Zmuszam się tylko by chodzić na warsztaty, sesje mam bardzo mocne, coraz więcej rozumiem z moich lęków, coraz więcej puszczam, ale wracam do domu i zeszyt z afirmacjami idzie w kąt. Jedyne co jestem w stanie robić to spokojnie sobie wszystko tłumaczyć (swojej podświadomości), dlaczego warto, czy nie chciałaby żyć inaczej itp. W jakimś stopniu zastępuje to afirmowanie, ale nie całkiem.
Ale jednocześnie widzę, że nawet rozwijając się chwilowo w tak kulawy sposób, mam efekty. Gdy puszczam sobie medytację z pozytywnymi sugestiami dotyczącymi samooceny i poczucia bezpieczeństwa to coraz większą jej część przyjmuję ze spokojem. W coraz mniejszej ilości momentów (zawsze tych samych) odpływam myślami, nie mogę się skoncentrować – po prostu uciekam od tematu.
Jednak dziś podjęłam decyzję, że koniec z rozczulaniem się nad sobą, chce nie chce, słuchawki na uszy i słucham medytacji, albo afirmacji, które nagrałam sobie sama. Specjalnie zamówiłam u mikołaja odtwarzacz mp3 (iRiver t60 2GB white – zakochałam się w nim
), żeby móc słuchać nagrań łatwo i wygodnie. Kupuję sobie płytki z medytacjami ze Słońcem i mamy już sporą kolekcję, duży zapas powiedziałabym, biorąc pod uwagę, że pracuje się nad 1 góra 2-ma na raz przez miesiąc albo i dłużej, jeśli trzeba
Fajniej mi się z nimi pracuje niż ze zwykłymi afirmacjami. W tle leci muzyczka, ja nie muszę się stresować, że przekręcam afki. Poza tym taka medytacja traktuje dany temat dość dogłębnie.
Chcę sobie jak najbardziej ułatwić i uprzyjemnić dalszą pracę nad sobą, ale co do reszty to po prostu będę się zmuszać, trudno.
Tak sobie rozmawiałam z przyjaciółką siedzącą w UK, że będziemy miały bardzo podobne postanowienia noworoczne. To niesamowite, jak 2 osoby w tym samym czasie mogą mieć podobne przeżycia. Zobaczymy gdzie będziemy za rok.
Na chwilę obecną nie czuję pewności, że będzie lepiej, to jest taka chwila, że muszę to założyć intelektualnie i te założenia realizować. Odwaga i pewność przyjdą z czasem. Na razie jest tylko desperacja.