Ach ta kocilla… Miesiąc temu postanowiła zażyć wolności wyskakując z balkonu. Równie dobrze mogła po prostu wyskoczyć za jakimś ćwirkiem, albo po prostu przecenić swoją zdolność do zachowania równowagi podczas akrobacji na barierce. Nie jestem w stanie stwierdzić co się dokładnie stało, po prostu jak wyszłam na balkon wpuścić kota z powrotem – kota nie było.
Ja zamarłam i przez chwilę miałam poczucie abstrakcji. Było koło 10 rano, Słoce wyjechał na weekend do miasta rodzinnego – byłam sama. Z rana jak zwykle usiadłam do komputera, w pewnej chwili ulitowałam się nad zawodzącym miauczem i wypuściłam go na balkon, a sama poszłam się pluskać. Po jakiś 20 min wychodzę na balkon a kota nie ma. Przez chwilę zastanawiałam się czy na pewno zostawiłam kota na balkonie, ale nie ulegało to wątpliwości. Wyjrzałam przez barierkę – nie było widać nic białego w zasięgu wzroku.
Szybko podsuszyłam włosy nawet ich nie czesząc, zarzuciłam kurtkę i wybiegłam. Szukałam kocilli z rosnącym obłędem w oczach. Czy nic jej się nie stało? Na pewno nie uszkodziła się bardzo podczas lotu skoro uciekła, ale równie dobrze może być w szoku. Dookoła hałasy i świat, którego ona nie zna. Z jednego miejsca przegoni ją pies, samochód pod którym się schowa odjedzie… Czy ją znajdę? Nie wiadomo ile dokładnie upłynęło czasu od jej skoku.
Zagadywałam wszystkich ludzie napotkanych po drodze, część sąsiadów kojarzyła mojego kota, ale nikt go nie widział. A ja miałam łzy w oczach .
Starsza i dzieciata koleżanka słuchając kiedyś jak rozmawiałam z naszą wspólną znajomą o kota, stwierdziła, że traktujemy je jak dzieci i miała absolutną rację. Dla mnie Narka jest jak ukochana i wymarzona córeczka, przeżyłyśmy razem niejedno. Towarzyszyła mi od pierwszych chwil mojego samodzielnego życia. Na myśl, że mogę jej już nigdy nie znaleźć po prostu pękało mi serce. Próbowałam stosować jakieś intuicyjne techniki by wyczuć gdzie jej szukać, ale nie mogłam opanować silnym emocji – nie miałam jak ich wyciszyć – trzeba było chodzić i szukać. Zdołałam tylko zrobić modlitwę o odnalezienie się Kocilli całej i zdrowej.
Nie wiecie nawet ile jest białych, kotopodobnych reklamówek i śmieci na osiedlu.
Po 20 min bezowocnego poszukiwania zadzwoniłam do brata i przyjaciółki z prośbą o pomoc. Oboje znają kocillę, więc ją rozpoznają. Przyjaciółka choć dopiero co po chorobie zjawiła się wraz ze swoim bratem, mój brat też nie zawiódł (wiwat bracia!) . Poszliśmy na chwilę na górę by pokazać zdjęcia chłopakowi, który koty mojej nigdy nie widział, przy okazji sporządziłam na szybko plakat ze zdjęciem kocilli. Ja go jeszcze drukowałam, gdy oni zaczęli już szukać. I stało się coś niesamowitego, okazało się, że kocilla wróciła pod balkon – ostatnie miejsce jakie pamiętała. Schowała się za jakieś deski, cała przestraszona – tak bardzo, że uciekała nawet przede mną. Trzeba ją było zajść z 2 stron.
Byłam przeszczęśliwa gdy znów ją miałam w rękach. Brat koleżanki uwiecznił odnalezienie koty na zdjęciach. Po dotarciu do mieszkania kota wyraźnie się ucieszyła widząc znajome kąty. Ale wydała z siebie jakiś dziwny ni to mruk ni to jazgot. Poszliśmy od razu do weterynarza, na całe szczęście nic jej nie było. Tylko umorusana była troszeczkę.
To było akurat przed świętami wielkanocnymi i następnego dnia miałam jechać do Słońca i jego mamy (postanowiłam, że od tych świąt spędzam je z NIM – w końcu to moja najbliższa rodzina, a nie z moimi). Szukając kota byłam gotowa zostać w domu by dać jej szansę na powrót. Po odnalezieniu kota zastanawiałam się czy zostawić ją samą na 2 dni, ale ponieważ przez resztę dnia wyraźne było, że kot, poza tym, że zrobił się NIESAMOWICIE przylepiasty i tulący się, nic nie jest, to nie zmieniałam planów.
Kolejnym błogosławieństwem było to, że zaraz po świętach zaczęto remont mojego bloku. Już w zeszłym roku planowaliśmy zamontowanie na balkonie zabezpieczeń ze względu na kota, ale przy planowanym remoncie, który obejmował również ocieplanie i malowanie balkonów to by nie miało sensu. A tak to jutro mili panowie zamontują mi haki, na których rozwiesimy odpowiednio wymierzoną siatkę zabezpieczającą. Kot będzie mógł siedzieć na balkonie ile chce, a my będziemy spokojniejsi.
I tak ją kocham, nawet jeśli to łobuz
A oto i bohaterka opowieści (na pierwszym zdjęciu ze swoją panią, tfu poddaną).
