Na ostatnich warsztatach po pierwszym dniu wróciłam cała w skowronkach, uświadomiłam sobie jak iluzoryczne były ograniczenia jakie wokół siebie widziałam i że tylko ode mnie zależy czy je porzucę. Kolejnego dnia wyszłam z zajęć tak roztrzęsiona, że musiałam pójść na spacer i łaziłam po lasku aż do zapadnięcia zmroku. Kolejnego dnia miałam reakcje niemalże histeryczne, by po ich ustąpieniu wpaść w dość głęboką depresję.
Dziś, po 2 tygodniach męczenia się sama ze sobą widzę, że zmierza ku lepszemu. Ale nie było łatwo. Na początku, pod wpływem wyłażących emocji spisałam poniższe fragmenty i choć ich wtedy nie opublikowałam, to postanowiłam zrobić to teraz, dobrze opisują one targające mną emocje.
Dochodzę do wniosku, że te ostatnie posty opisujące sielankę między Mną a Nim umieściłam chyba po to, by przekonać siebie i cały świat jak jest cudownie, nie chcąc przyznać, że włóczy się za naszym związkiem coraz większy cień.
Ale tego nie dało się ukrywać dłużej. Różne dziwne rozmowy jakie miały miejsce ostatnio, niby nic, niby wszystko zagłaskane po fakcie, ale pokazywały bardzo niefajne tendencje w jego zachowaniu, a u mnie niemożność i brak umiejętności postawienia odpowiednich granic.
To wszystko się gdzieś splata, moja praca nad szacunkiem do samej siebie, chronieniu siebie i swoich uczuć z uświadamianiem sobie ile jeszcze toksyczności jest w moich relacjach.
Tłumiony smutek i poczucie zranienia siedziały we mnie i nie mogły znaleźć ujścia. Podobnie jaki kiedyś moi rodzice, On raz po raz udawał, że nic się nie stało, to tylko moje fanaberie i obrażanie się, a ja wycofywałam się i choć coś tam osiągałam, coś się zmieniało – to nie potrafiłam krzyknąć by przestał bagatelizować moje uczucia i odwracać kota ogonem. I nie chciałam się przyznać, że miało być tak dobrze, a kurwa nie jest.
Jest wiele bardzo fajnych momentów, ale też sporo rzeczy, które są dobre i miłe tylko dlatego, że to z mojej strony wychodzi inicjatywa, ja o to dbam, ja się poświęcam… A druga strona chciałaby tylko by dać jej święty spokój, być miła jak ma na to ochotę, lub czuje, że ewidentnie zawiniła, a jak coś zrobi to ostentacyjnie obnosi się z tym jak to On się dla mnie poświęca i ile robi. Podczas gdy ja robię 10 razy więcej i nawet nie mruknę.
Nie chodzi o to, że jest źle, tylko, że mogłoby być lepiej. Jest wiele związków gorszych niż nasz, może nawet większość, ale są też lepsze i ja chcę dla siebie coś lepszego.
Mam dość ciągnięcia za sobą drugiej osoby, dość tego, że choć druga osoba kocha to nie sprawia to, że chce się sama z siebie starać. Na co dzień zwycięża wygodnictwo, lenistwo, chęć przerzucenia odpowiedzialności za siebie na drugą osobę. Stawiam się od dłuższego czasu coraz bardziej, nie chcę głaskać po główce i mówić jak to mu jest ciężko, bo nie jest. Bo mógłby wziąć się w garść a nie rozczulać nad sobą. Bo to co go męczy to 1/20 tego co ja robię co dnia i mnie nikt nie pociesza, a jeśli robi to on, to tak na odwal się - tłumacząc mi, że ja to nie mam problemów, albo po prostu sobie z nimi radzę, ale On…
Gdy się nie daję wbić w poczucie winy On robi z siebie obrażoną księżniczkę. Dopiero gdy naprawdę widzi, że przeholował, że mam dość – wtedy jest lęk i zgrzytanie zębami. Jak teraz. Będzie przez jakiś czas jak do rany przyłóż, ale niewiadomo ile do niego trafi na stałe. Jak chciałam zacząć rozmowę i spojrzałam na niego, to chciałam się śmiać i nie mogłam rozmawiać. Taki gorzki śmiech. Widzę przed sobą wystraszonego wypłosza, który nagle się ocknął, że coś jest nie tak. Teraz się boi, że traci miejsce gdzie mu tak dobrze. Ale przejmować się na co dzień nie ma zamiaru. A ja patrzę na niego i zastanawiam się czy jest sens cokolwiek mówić, czy to coś zmieni. Ile razy już prowadziłam takie rozmowy. Ile razy byłam olewana i On przez chwilę dbał o to co mówi i robi, ale potem liczył, że sprawa przycichnie. Nie mówię, że to wszystko robi świadomie, nie. Ma w podświadomości masę paskudnych wzorców, ale mimo wszystko to on jest za nie odpowiedzialny. Gdy ja wiem, że coś we mnie sprawia drugiej osobie przykrość to korzystam z wszelkich znanych mi technik by to zmienić, a on odwraca kota ogonem bym to ja niby była ta winna i idzie sobie grać.
Przez długi czas byłam cierpliwa widząc jak pracuje nad sobą. I rzeczywiście bardzo się zmieniło, na lepsze. Ale ostatnio motywacja do pracy nad sobą mi spadła, nie chce nic puścić, lubi tak jak jest. Zrobił mi łaskę, że poszedł ze mną na warsztaty, a w sesjach ciągle uciekał przed ważnymi tematami.
Znajoma robiąca mi sesję powyciągała ze mnie cały ten tłumiony ból. Powiedziała też kilka rzeczy, które zauważyła obserwując nas. Gdy mam sesję On zawsze nadstawia uszu by słyszeć co puszczam, jakby się bał, że uświadomię sobie “za wiele” i nie dam sobą dłużej manipulować. Trafiła w dziesiątkę. Po sesji podszedł do mnie od razu zaniepokojony i zaczął wypytywać co tam miałam. Kobitka namierzyła też wszystkie manipulacje jakie On stosował w stosunku do mnie i uświadomiłam sobie, jakie są wredne. Ile w tym jego wygodnictwa i dbania o własne samopoczucie przy zupełnym braku poszanowania dla mnie i moich uczuć.
Ale to ja sama na to pozwalałam. Tak dawno przestałam wyrażać swoje uczucia, potrzeby i domagać się by otoczenie je respektowało.
Po 2 tygodniach widzę, że to wcale nie jest takie proste a winny jeden. On, choć ma swoje wady, to nie ma z złych intencji w stosunku do mnie. Przyjaciółka po świętowaniu moich urodzin powiedziała, że on wygląda na tak samo a nawet i bardziej zakochanego we mnie niż na początku. I ma rację. Wiele przykrych rzeczy człowiek robi nie ze złej woli, ale z głupoty, z nieuwagi, nieświadomości i nawykowych reakcji. Pewnych ograniczeń, które nie są personalnie skierowane do mnie. Skoro ja nie stawiałam granic, a przynajmniej nie domagałam się konsekwentnie ich przestrzegania, nie krzyczałam – tu mnie boli, on działał po najmniejszej linii oporu, nawykowo – a nawyków nie ma za dobrych. On ma to w sobie, że jak zrozumie swój błąd, to chce to naprawić i robi to. Przełamał się, zaczął ruszać to, czego wcześniej nie chciał nawet dotknąć. Naprawdę to doceniam i widzę efekty. Nie chodzi o to, że on jest zły i nic ze sobą nie robi. Za jakiś czas poradzi sobie ze wszystkim. Problem polega na tym, czy ja mam siłę czekać. Bo ja chciałabym być w pełni szczęśliwa już teraz.
Z drugiej strony czy mogę dostać to, na co nie jestem otwarta? Czego przyjęcia moja samoocena nie zakłada, poczucie winy i niegodności protestuje i inne wzorce dla towarzystwa stawiają inne bariery? W takim stanie mogę wejść w inny związek i przeżyć tylko powtórkę z rozrywki. Dodatkowo rozkładając w rozmowie z nim na części pierwsze pewne sytuacje, wyszło na wierzch, że często ja sama czułam się odpowiedzialna za NIEGO, za to by pomóc mu w jakiejś sytuacji, choć On tego ode mnie nie wymagał. W różnych sytuacjach sama reagowałam nawykowo, przez własne wzorce, a nie to co realnie się działo i należało zrobić.
Dlatego nie będę teraz podejmować żadnej decyzji, choć najłatwiej by było uciec. Nie chcę pod wpływem nieprzemyślanych emocji zniszczyć coś, co ma dla mnie i Niego tak wielką wartość. Więc pracuje nad sobą, stawiam granice, zmieniam to, co przeszkadzało mi najbardziej. Uczę się doceniać swoje uczucia, a jednocześnie pozwalam sobie cieszyć się tym co jest, a jest wiele dobrego. Pozwalam, by cały czas silna i coraz silniejsza miłość między nami uzdrowiła to co uzdrowić trzeba. A gdy poczuję się pewna co dalej, wtedy zrobię to, co uważam za słuszne.
Ten kryzys pozwolił nam oboje lepiej zrozumieć siebie samych i siebie nawzajem. I mam wrażenie, że On bardziej mnie docenia i szanuje. Nic dziwnego, skoro ja bardziej doceniam i szanuję samą siebie. Naprawdę ciekawa jestem jak będzie za jakiś czas.
BTW. pewne aspekty tego co się działo ostatnio to prawdziwe sci-fi, a raczej fantasy. On, najbardziej na świecie pragnąc być ze mną, tak zmanipulował swoją aurą, żebym odbierała go jako dla mnie bardzo atrakcyjnego (bez wchodzenie w szczegóły mam sentyment do pewnych wibracji, takich subtelno-elfich) – inni też go tak odbierali. Przebijałam się pod to widząc mroczną stronę jego osobowości, ale nadal te sztuczne wibracje były dominujące. Gdy zorientował się, że uświadomiłam sobie jego manipulacje puścił je i zaczęłam go odbierać całkiem inaczej. Mam wrażenie, że nawet rysy twarzy mu się zmieniły, stały się bardziej twarde. No i widać jego “wojownicze” ciężkie energetycznie obciążenia. Ale jednocześnie zaczął być bardziej świadom tego, czego wcześniej się wypierał – swoich karmicznych doświadczeń i ich wspomnień.
A mnie najbardziej bawi fakt, że mając całe życie sentyment do mrocznych, ale kochających magów-wojowników i nabijając się z tego jako czczej fantazji, przyciągnęłam sobie takiego obok. W realu, prawdziwego aż do bólu (ex, którego posądzałam o takie wzorce, przy NIM to pikuś, może mu buty czyścić). A może pamiętałam karmicznie, że on taki jest i czułam, że kiedyś się spotkamy? Ostatnio dzieją się takie rzeczy, że najbardziej niedorzeczne kiedyś dla mnie odpowiedzi wydają się być jedyne trafnie opisujące rzeczywistość. Hihi, mój prywatny, mroczny mag. Wiecie, że mi się podoba w tej wersji! To cholernie podniecające
Ale nie życzę sobie więcej manipulacji energetycznych! Nawet jeśli jest w tym tak dobry, że prawie się nie orientuję co się dzieje i niby mi nie szkoda. Muszę nauczyć się odporności na to – kolejny wniosek do zapamiętania :/
Wiesz Agnieszka, ja mam za mało danych wejściowych, żeby wypowiadać się z całkowitą pewnością swoich poglądów (żadko piszesz o Was na blogu), ale ja odbieram Waszą relacją jako relację Matka – Syn. I nie chodzi mi tu bynajmniej o spłycenie tego li i jedynie do Waszej różnicy wieku. Siłą rzeczy jesteś w tym związku osobą o silniejszej pozycji poprzez chociaż takie suche fakty, jak np. to że skoczyłaś studia, masz własną firmę, sama się utrzymujesz, masz mieszkanie etc. Oczywiście on jest jeszcze na etapie studenckiej beztroski, ale to nie zmienia faktu, że Ty jesteś w tym związku na dzień dzisiejszy dominująca, a on jawi mi się jako osoba nieco słabsza, ale kochająca i czuła. I stąd to moje porównanie do relacji Matka – Syn, bo nie wiem, czy aby nie starasz się mu matkować, tłumaczyć, wychowywać, pouczać, a czasami pobłażać jak dziecku etc.
Druga sprawa to różnica w odbiorze tych dwóch częsci notki pisanych przed i po. Jedna mówiąca prosto z mostu co Ci się nie podoba, a druga odkręcająca wszystko i tłumacząca, że jest niby ok. Ja nie wiem Kocie, ale moim zdaniem to nie jest tak, że wszystko sprowadza się do tego, że nie stawiasz granic. Możesz i tych granic nie stawiać, ale przecież to go nie uprawnia wcale do ich przekraczania, prawda?
Przykłądowo: nastąpiła jakaś tam sytuacja X, w której Ty nie postawiłaś granic. Jako człowiek dojrzały powienien wziąć sprawy w swoje ręce i sam Ci to uświadomić.
Poza tym w ukłądze słabsza osoba i silniejsza osoba są możliwe dwie drogi: albo ta słabsza motywuje się ta silniejszą (czyli jakoby wykorzystuje to w pozytywny sposób), albo słabsza podkopuje silniejszą, aby sprowadzić ją na swój poziom. Może te konflikty to właśnie takie momenty jego nieświadomego podkopywania gdy ma jakiś gorszy dzień.
W każdym razie uszy do góry i pozdrawiam serdecznie,
Kasia
Hey Ratibus!
Co do matkowania to masz absolutną rację, zresztą jestem tego świadoma od dawna i od dłuższego czasu z tej roli wychodzę. Zgadzam się na tą pierwszą drogę jaką opisujesz – mogę inspirować, motywować w jakiś sposób, ale koniec z ciągnięciem za sobą. I właśnie coraz bardziej kategoryczne przestrzeganie tego powodowało, że w złych chwilach on nieświadomie mnie podkopywał, nie zawsze chcąc uznać – ok, jestem chwilowo słabszy, ale odpowiedzialny za to co robię.
Co do różnicy w wydźwięku obu części notek, to sama zastanawiam się co chwila czy aby znów nie zaczynam tłumić moich uczuć i wracać w utarte schematy, mam ku temu inklinacje, ale wyczuwam to szybciej lub później i przywołuję się do porządku. Cóż, kodowanie nowego nastawienia trochę trwa… Masz rację z tym, że On jest odpowiedzialny za przekraczanie moich granic, nawet jeśli ja ich nie broniłam, to sobie wyjaśniliśmy i przyznał się do swoich kardynalnych błędów. Chodzi mi raczej o to, że ja zdałam sobie sprawę z własnych wzorców, intencji i oczekiwań, by tak to właśnie wyglądało, co często oznaczało podświadome prowokacje do takich zachowań. To jest coś co sama muszę uzdrowić, bo bez tego wiele lepiej nie będzie. Nie chcę też przeholować w drugą stronę, nakręcić się żalem i pretensjami, przestać zza nich widzieć drugą osobę i to wszystko co jest fajne między nami.
Dziś znów złapałam się na tym, że zamiast zająć się sobą zaczęłam się martwić – czy On zdąży napisać magisterkę, obronić się przed wakacjami i dostać pracę ? A w gruncie rzeczy co mnie to obchodzi, to jego problem. Jak nie dostanie fajnej pracy w biurze to będzie musiał iść robić na budowie, bo ja utrzymywać go nie będę, a rodzice kiedyś fundusze obetną. Poza tym jaki naprawdę ja mogę mieć wpływ na dorosłego faceta? Ale sama z siebie mam jeszcze inklinacje by czuć się odpowiedzialna, przejmować się i kombinować – jak tu pomóc – w formie, która znacznie przekracza zwykłą życzliwość i zdrową troskę. Po prostu biorę na siebie co nie moje i potem się dziwię, że mi ciężko.
Na razie wszystko jest jeszcze chwiejne i pozbawione formy. Czas pokaże co się z tego ostatecznie wykluje.
Pozdrawiam ciepło
Hej Agnieszka,
myślę, że skoro On teraz kończy studia i będzie szukał pracy to to jest taki moment dla Niego na podejmowanie samodzielnych i dorosłych decyzji odnośnie kształtu swojej przyszłości. Będziesz wtedy widziała czarno na białym na ile jest dojrzały i koniecznie … “odstaw go od piersi”. Niech sam popłynie na szerokie wody – zoabczysz na ile jest samodzielny i dojrzały.
Pzodrawiam,
Kasia