Ostatnio to słowo pasuje do mnie coraz bardziej. Słyszę je od Partnera i sama przyznaję, że doskonale opisuje moje nastawienie do wielu rzeczy. Coraz bardziej mam gdzieś ograniczenia, które próbują mi narzucić inni ludzie i po prostu robię swoje.
Oczywiście tym ludziom, z rodzinką na czele, bardzo się to nie podoba,
Dziś, od tak sobie, w kilku zdaniach rozmowy telefonicznej, doprowadziłam babcię do szewskiej pasji.
A cała sytuacja wyglądała tak. Moja matuś jak zwykle (min. raz miesiącu) jest chora. To dla niej ulubiony sposób ucieczki przed problemami, pracą a tym razem także okazja by wrobić ojca w całą tyraninę związaną z udziałem firmy na targach. Matuś sobie leży w łóżeczku, a tatuś zapierdala 7-22. Ona oczywiście się wzrusza jego losem, a sama ubolewa nad swoim “ciężkim” stanem i jestem jedyną osobą w rodzinie, która wszystkie te manipulacje widzi i nie zamierza im ulegać. Babcia wprost przeciwnie, skacze nad mamą w koło, użala się nad nią. Samej czując się winną, że wychowała córkę – nieudacznika i ofiarę życiową, chce tą nadmierną troska i pobłażliwością swoja “winę” zmniejszyć. A mamie to bardzo odpowiada.
Obie są dorosłe, jak chcą się bawił w ten sposób, to niech tak będzie. Problem pojawia się wtedy, gdy babcia wraca do siebie i wymaga ode mnie bym zajęła jej rolę. I wtedy moja reakcja bardzo ją dziwi…
Mogę wyciągnąć mamie kartę do przychodni, bo mam ją prawie pod blokiem, nawet gdy budzą mnie w tym celu o barbarzyńskiej porze. Ok, raz na jakiś czas nic nie szkodzi. Ale biegać do mamy, nadskakiwać jej nie zamierzam. Jak coś jest nie tak, ma telefon – niech dzwoni. A tak w ogóle to niech się wreszcie weźmie za siebie. Dlaczego jak ja raz na pół roku zachoruję, to pewnie o siebie nie dbam, a jak jej CIĄGLE coś jest, to jest taka biedna i nieszczęśliwa i nie ma na to wpływu. Babcia też bierze się w garść i nie rozczula nad byle czym, ale do mamy przykłada inną miarkę. I nie rozumie, że ja nie muszę.
I co to w ogóle za stwierdzenia, że mam być grzeczna w stosunku do babci i do mamy. Mam 27 lat, grzeczna to może być 10-latka. Jeśli już wymagają posłuszeństwa i podporządkowania to nich nazwą rzeczy po imieniu i liczą się z tym, że dorosła osoba może się ze smyczki urwać.
No i ta stara szkoła, że dziecko (w wieku każdym) ma dług wobec rodziców, jest ZOBOWIĄZANE do pomagania im, przez co rozumiane jest poświęcanie się dla nich, a jego dobro się już nie liczy. Ja się z nią nie zgadzam. Poświęcałam się dla rodziny przynajmniej 20 lat swojego życia i nie mam ochoty nawet na dzień więcej. Rozumiem, pomóc im jak są w ciężkim stanie, w sytuacjach kryzysowych – to robię. Ale nie będę latać podcierać im nosek i zabawiać rozmową, ani wspierać ich w firmie, kiedy mam własną. Robie im ulotki/stronę www i inne pierdułki – wystarczy. Do reszty nich zatrudnią ludzi i im uczciwie za to płacą.
Kolejny koronny argument babci, który do mnie zupełnie nie trafia – trzeba robić tak jak wszyscy. Mam gdzieś “wszystkich”. Nie mam o “wszystkich” najlepszego zdania. Tłum zawsze był ciemny i rozwój cywilizacji niewiele zmienił. Mogę inspirować się zdaniem pojedynczych osób, do których mam szacunek, ale nie poglądami małomiasteczkowej społeczności, w której wychowała się babcia i której norm chce przestrzegać sama i mnie do tego zmusić. Jeśli ktoś do mnie przyjdzie i mi powie, że jego zdaniem powinnam zrobić to i to, to z nim podyskutuje i może się zastanowię, ale dostosowywać się do niepisanych zwyczajów by wszystko ładnie wyglądało przed sąsiadami (i do tego nie moimi, ale jej) – tego robić nie zamierzam. Szanuję, że każdy jest na swoim poziomie rozwoju i rozumie tyle ile rozumie, rozwija się w swoim tempie, co czasem oznacza – wcale, ale szanuję też siebie i przede wszystkim kieruję się tym co DLA MNIE i WEDŁUG mnie jest najlepsze. Tym bardziej, że jakoś po babci, moich rodzicach i dalszej rodzinie, nie mówiąc o większej części społeczeństwa nie widzę by owe zasady uczyniły ich szczęśliwymi. Tak więc wyciągam wnioski z ich błędów i staram się ich nie popełniać.
Ale moje zachowanie zupełnie nie mieści się w głowie staruszki. Nawet nie chce pozwolić mi mówić. stwierdza, że powiedziałam za dużo i ona sobie to zapamięta. Ja na to, że całe życie mówiłam za mało, więc teraz mówię więcej i się po prostu z nią nie zgadzam w wielu kwestiach. do czego mam prawo. Ona się rozłącza, a mnie to rybka.
Bee bee black sheep…
Coraz mniej mnie ta rodzina obchodzi, szczerze mówiąc to jakby ze mną zerwali kontakt, nie było by mi zbyt przykro. Tu nie ma miłości, prawdziwych więzi, od lat są tylko presje, manipulacje i inne chore zagrania. Wszystkie jest wymuszaniem albo wykalkulowanym działaniem. A bardzo często po prostu niekontrolowanym objawem depresji/nerwicy i innych nieleczonych lub niedoleczonych chorób psychicznych w wersji ciężkiej. Wampiry energetyczne i życiowe, męczą mnie i nie lubię spędzać z nimi czasu.
W dodatku zupełnie do siebie nie pasujemy, myślimy innymi kategoriami, żyjemy innym stylem życia. A ja coraz bardziej akceptuję, że jestem z tym ok – bo nie robię tego na zasadzie ślepego buntu, tylko wyrażam siebie, to jaką jestem i wybieram to co jest dla mnie najlepsze i to jak chcę żyć.
I lęk przed ich reakcją, przed karą ze strony społeczeństwa nie paraliżuje mnie już tak jak kiedyś. To przerażające jakim więzieniem potrafią być lęki i obawy tkwiące we własnym umyśle. A ja się nie boję, nie oglądam za siebie tylko idę dalej i robię swoje.
W końcu zaakceptowałam, że choćbym złożyła samą siebie na ołtarzu, nie pomogę im, bo oni sami nie chcą sobie pomóc. Lubią tą swoją małą patologię, przyzwyczaili się do niej. Zwracam więc im wolność i zwracam wolność sobie.
Ale żeby to zrobić trochę niepokory i bezwzględności trzeba w sobie mieć. Odkrywam tą zołzowatą część siebie i muszę przyznać, że podoba mi się. A przede wszystkim potrzebuję jej, by realizować swoje marzenia i cele, bez względu na to, co się dzieje wokół mnie i co myślą o mnie inni.
Update:
Dziś jakby nigdy nic babcia zadzwoniła do mnie rano z pytaniem czy wiem co tam u mamy
Szybko robi sobie reset w głowie. Nie wiem, zadzwonię do niej później. Staruszka jest niereformowalna.