Napisane przez: Lady Mrau | 5 wrzesień 2008

Siedzę i myślę…

… bo i nie ma co innego robić. A jak jest, to mi się nie chce :P

Pracę na dziś już skończyłam. Spotkanie towarzyskie miałam w południe. Ukochany wyjechał do rodzinki. W telewizji nie ma nic ciekawego, a na książkę nie mam ochoty.

To taki specyficzny rodzaj zmęczenia głównie psychicznego i umysłowego po całym tygodniu pracy, kiedy coś by się chciało, ale nie wiadomo co, bo na nic nie ma siły ani sprecyzowanej ochoty.

Porządkuję więc sobie myśli i uczucia z całego tygodnia. Aprobuję lub odrzucam wyciągnięte wcześniej wnioski z różnych sytuacji. Zdaję sobie sprawę, że przez niektórymi refleksjami wolałabym uciec w znieczulające zabijanie czasu, ale resztką rozsądku staram się przed tym bronić.

Ten tydzień do była układanka elementów radosnych, smutnych i tylko nostalgicznych. Nowe zlecenia, radosne wieści od przyjaciół. Dawno nie goszczone sny z ex w roli głównej, po których obudziłam się z uczuciem smutku i niesmaku zarazem. Wizyta wujka z UK, którego oprowadzałam przez cały dzień po mieście, rozmawiając o naszych rodzinach, życiach, wyborach i ich konsekwencjach. To zdumiewające ile nas łączy. On jest jakby moim odpowiednikiem w tamtej części rodziny – czarna, niezrozumiana przez inny, owca. Z tymże on poradził sobie z tym wszystkim znacznie gorzej niż ja, samotny, uzależniony od papierosów (co 5 minut jeden) a wcześniej i od alkoholu, żyjący z renty wśród starych książek i sklepów z antykami. Zawsze pamiętam, że miał dla mnie i wszystkich najwięcej serca. Reszta rodzinki widzi tylko czubek własnego nosa.

Dzień z nim spędzony był dla mnie bardzo męczący. Zrozumienie niewyraźnego angielskiego z silnym walijskim akcentem wymaga wielkiego skupienia, a nogi po przejściu wieeeelu kilometrów, miałam ochotę wymienić. Mimo to miło będę wspominać czas spędzony razem. Zwłaszcza gdy dołączył Ukochany i toczyliśmy dyskusje np. jakie nazwisko wybierzemy po ślubie (wyszło na to, że podobają nam się oba i najchętniej byśmy je połączyli, ale efekt końcowy nie zmieści się w żadną rubrykę :P ), oraz gdy wujek droczył się, że ON mi na za dużo pozwala :P Śmichów i chichów było co niemiara, a wujek stwierdził, że miło patrzeć jak bardzo się kochamy i jesteśmy razem szczęśliwi.

Ostatnio umieściłam na n-k i ulubionym forum nasze wspólne zdjęcie zrobione w czasie ostatniej wizyty teścia. Nie czułam się wtedy dobrze, bolała mnie głowa, ale jakoś tak jest, że będąc obok Niego pogodnieję sama z siebie i widać tylko to, jak szczęśliwi jesteśmy razem. Tak też wszyscy oceniają nasze zdjęcie. Ostatnio On po wielu spotkaniach integracyjnych w pracy i wysłuchaniu licznych opowieści swoich kolegów i koleżanek zza biurka, doszedł do wnioski, że naprawdę jesteśmy najfajniejszą parą jaką zna. Ja dochodzę do wniosku, że znam dobrze tylko jeden równie pozytywny związek, a kolejny tylko ze słyszenia, za to całą masę mniej lub lepiej rozwiniętej toksyczności.

W takich chwilach patrzymy na siebie i jesteśmy sobie nawzajem wdzięczni za całą pracę i serce jakie wkładamy w nasz związek. To, że gdy druga osoba ma gorszy dzień czy nawet tydzień, to daje się jej taryfę ulgową i wspiera jak może. Próbuje zrozumieć i przemówić do rozsądku, nawet gdy partner ma akurat jazdy i postępuje mało logicznie. A jak się ma wywalanke, to zamiast skakać drugiej osobie do gardła z różnymi oskarżeniami, przychodzi się i jak można spokojnie mówi: słuchaj, czuję się tak i tak, myślę o tobie to i to, tamtą sytuację oceniam w tej sposób i druga osoba może spokojnie ustosunkować się do tego bez czucia się zranioną. No i samemu się przepracowuje swoje kompleksy, lęki i inne paskudztwa, coby nie rzutowały na związek. Wiele się nauczyliśmy przy sobie. Szacunku i akceptacji dla drugiej osoby. Asertywności, umiejętności okazywania uczuć. Dzięki temu zawsze w swoim towarzystwie czujemy się dobrze i bezpiecznie. A jednocześnie nie jest nudno :)

Czasem dochodzę do wniosku, że ten związek to najlepsza co mi się udało w życiu. Warto dopracować też inne dziedziny. Wiem już, że z poziomu tragedii i rozpaczy, można wznieść się naprawdę wysoko. Trzeba tylko chcieć i konsekwentnie do tego dążyć.

A może to tylko efekt tego, że znów mnie ostatnio męczą wewnętrzne presje na bycie doskonałą i związany z tym brak doceniania mojego życia w pełni? Niewykluczone, czasem sama się ze sobą męczę.

Może po prostu pójdę spać, jutro znów spędzam dzień na działce, więc warto nabrać sił.

Mam nadzieję, że sny będę miała pogodne.


Zostaw odpowiedź

Twoja odpowiedź:

Kategorie