… bo i nie ma co innego robić. A jak jest, to mi się nie chce
Pracę na dziś już skończyłam. Spotkanie towarzyskie miałam w południe. Ukochany wyjechał do rodzinki. W telewizji nie ma nic ciekawego, a na książkę nie mam ochoty.
To taki specyficzny rodzaj zmęczenia głównie psychicznego i umysłowego po całym tygodniu pracy, kiedy coś by się chciało, ale nie wiadomo co, bo na nic nie ma siły ani sprecyzowanej ochoty.
Porządkuję więc sobie myśli i uczucia z całego tygodnia. Aprobuję lub odrzucam wyciągnięte wcześniej wnioski z różnych sytuacji. Zdaję sobie sprawę, że przez niektórymi refleksjami wolałabym uciec w znieczulające zabijanie czasu, ale resztką rozsądku staram się przed tym bronić.
Ten tydzień do była układanka elementów radosnych, smutnych i tylko nostalgicznych. Nowe zlecenia, radosne wieści od przyjaciół. Dawno nie goszczone sny z ex w roli głównej, po których obudziłam się z uczuciem smutku i niesmaku zarazem. Wizyta wujka z UK, którego oprowadzałam przez cały dzień po mieście, rozmawiając o naszych rodzinach, życiach, wyborach i ich konsekwencjach. To zdumiewające ile nas łączy. On jest jakby moim odpowiednikiem w tamtej części rodziny – czarna, niezrozumiana przez inny, owca. Z tymże on poradził sobie z tym wszystkim znacznie gorzej niż ja, samotny, uzależniony od papierosów (co 5 minut jeden) a wcześniej i od alkoholu, żyjący z renty wśród starych książek i sklepów z antykami. Zawsze pamiętam, że miał dla mnie i wszystkich najwięcej serca. Reszta rodzinki widzi tylko czubek własnego nosa.
Dzień z nim spędzony był dla mnie bardzo męczący. Zrozumienie niewyraźnego angielskiego z silnym walijskim akcentem wymaga wielkiego skupienia, a nogi po przejściu wieeeelu kilometrów, miałam ochotę wymienić. Mimo to miło będę wspominać czas spędzony razem. Zwłaszcza gdy dołączył Ukochany i toczyliśmy dyskusje np. jakie nazwisko wybierzemy po ślubie (wyszło na to, że podobają nam się oba i najchętniej byśmy je połączyli, ale efekt końcowy nie zmieści się w żadną rubrykę
), oraz gdy wujek droczył się, że ON mi na za dużo pozwala
Śmichów i chichów było co niemiara, a wujek stwierdził, że miło patrzeć jak bardzo się kochamy i jesteśmy razem szczęśliwi.
Ostatnio umieściłam na n-k i ulubionym forum nasze wspólne zdjęcie zrobione w czasie ostatniej wizyty teścia. Nie czułam się wtedy dobrze, bolała mnie głowa, ale jakoś tak jest, że będąc obok Niego pogodnieję sama z siebie i widać tylko to, jak szczęśliwi jesteśmy razem. Tak też wszyscy oceniają nasze zdjęcie. Ostatnio On po wielu spotkaniach integracyjnych w pracy i wysłuchaniu licznych opowieści swoich kolegów i koleżanek zza biurka, doszedł do wnioski, że naprawdę jesteśmy najfajniejszą parą jaką zna. Ja dochodzę do wniosku, że znam dobrze tylko jeden równie pozytywny związek, a kolejny tylko ze słyszenia, za to całą masę mniej lub lepiej rozwiniętej toksyczności.
W takich chwilach patrzymy na siebie i jesteśmy sobie nawzajem wdzięczni za całą pracę i serce jakie wkładamy w nasz związek. To, że gdy druga osoba ma gorszy dzień czy nawet tydzień, to daje się jej taryfę ulgową i wspiera jak może. Próbuje zrozumieć i przemówić do rozsądku, nawet gdy partner ma akurat jazdy i postępuje mało logicznie. A jak się ma wywalanke, to zamiast skakać drugiej osobie do gardła z różnymi oskarżeniami, przychodzi się i jak można spokojnie mówi: słuchaj, czuję się tak i tak, myślę o tobie to i to, tamtą sytuację oceniam w tej sposób i druga osoba może spokojnie ustosunkować się do tego bez czucia się zranioną. No i samemu się przepracowuje swoje kompleksy, lęki i inne paskudztwa, coby nie rzutowały na związek. Wiele się nauczyliśmy przy sobie. Szacunku i akceptacji dla drugiej osoby. Asertywności, umiejętności okazywania uczuć. Dzięki temu zawsze w swoim towarzystwie czujemy się dobrze i bezpiecznie. A jednocześnie nie jest nudno
Czasem dochodzę do wniosku, że ten związek to najlepsza co mi się udało w życiu. Warto dopracować też inne dziedziny. Wiem już, że z poziomu tragedii i rozpaczy, można wznieść się naprawdę wysoko. Trzeba tylko chcieć i konsekwentnie do tego dążyć.
A może to tylko efekt tego, że znów mnie ostatnio męczą wewnętrzne presje na bycie doskonałą i związany z tym brak doceniania mojego życia w pełni? Niewykluczone, czasem sama się ze sobą męczę.
Może po prostu pójdę spać, jutro znów spędzam dzień na działce, więc warto nabrać sił.
Mam nadzieję, że sny będę miała pogodne.