Przed wyjazdem

Z racji prowadzenia własnej firmy nie ma czegoś takiego jak kolega/koleżanka z pracy, który będzie kontynuował projekty pod moją nieobecność. Dlatego do dnia wyjazdu muszę wszystko dokończyć i nie ważne, czy już ledwo widzę na oczy i warczę na widok kodu php czy też nie. Choć pomimo fizycznego zmęczenia czuję rosnącą radość związaną z wyjazdem. A jednocześnie ciekawość. To moje pierwsze prawdziwe wakacje od kilku lat, pierwszy dłuższy wyjazd z Ukochanym, pierwszy tak ługi odwyk od komputera. Pierwsza sytuacja, gdy NIE MOGĘ pracować, chodzić po necie, grać za to mam bardzo dużo czasu do spędzania ze sobą i moimi myślami. Jak na to zareaguję? Jak będziemy się czuli i reagowali na siebie oboje? Mamy okazję sprawdzić się w nowych warunkach.

Jadę w poniedziałek, wracam po ok 12 dniach, choć może przedłużymy do 14.

Cieszę się, bo wszystko udaje mi się dopiąć. Projekty wyszły fajnie, klienci zadowoleni, tak jak ich prosiłam przelewy zrobili tak, że już doszły i mogę rozliczyć cały miesiąc. Jutro ostatnie pranie i zakupy. Oczywiście mam tendencję do myślenia o wszystkim i planowaniu każdego drobiazgu, ale tym razem dałam sobie luz i scedowałam sporo spraw na Ukochanego i okazuje się, że świat się nie zawalił, to co miał zrobić – zrobi, jak trzeba się konsultujemy i bardzo się cieszę, że odpuściłam sobie mój zosiosamosizm, bo tak jest po prostu łatwiej i przyjemniej.

Przez ostatni trydzień musiałam też jeszcze raz przemyśleć mój stosunek do matki i to co zamierzam robić ze swojej strony. Trochę mnie to psychicznie kosztowało, doświadczyłam kolejnej serii bardzo silnych presji rodzinnych, manipulacji matczynych i własnych wątpliwości moralnych.

Matuś wylądowała w szpitalu. Miały być zwykłe badania na jej skłonność do zapaści, po czym zignorowała zalecenia lekarza i zdrowy rozsądek i skończyło się wylewem, po którym ledwo mówi – co zaczyna mijać. Od jakiegoś czasu miała tendencje do działań typu – doprowadzę się do choroby, a potem będę miała do wszystkich pretensje, że się mną nie opiekują. Nawet tata zaczął już to dostrzegać, bo jej akcje są jednoznaczne, jednak jak tylko doprowadzi się do poważniejszego stanu, to całej rodzinie mózg się wyłącza i jest tylko biedna nieszczęśliwa mama, nad którą trzeba skakać. A mama robi wszystko co się da by tylko jak najbardziej angażować innych w opiekę nad nią. To niesamowity widok – osoba, która jest szczęśliwa, że jest chora, z dumą w głosie relacjonuje swój stan zdrowia, pokazując jaka to ona jest dzielna, że tyle znosi…

Wpierw zadzwonił tata rzucając hasła, ze stan mamy jest ciężki, że to może ostatni raz, żebym poszła… Tak, stan mamy jest taki ciężki, że reszta rodziny bez problemu spędza weekend na działce, ktoś tu coś naciąga… Do tego łzawe opowieści, że jak tylko wspomni moje imię to mam płacze. Szkoda tylko, że ta tęsknota za mną nie motywuje jej do zmiany swojego postępowania wobec mnie nawet o 5%. Nie, wszystko jest ok, tylko ja ją krzywdzę… A teraz wreszcie mama ma okazję wykorzystać sytuację by się ze mną zobaczyć. Oczywiście nikt nie pamiętał, że ZERWAŁAM Z NIĄ KONTAKT!!!. Kto by się takim szczegółem jak i moimi uczuciami przejmował. Liczy się tylko to czego ONA oczekuje. Oczywiście wiem to nie od dziś i nie zamierzam się podkładać. Obiecałam sobie, że sama będę się chronić i o swoje uczucia dbać, bo na nich liczyć nie mogę.  A mama każdą moją wizytę w szpitalu w latach wcześniejszych wykorzystywała by przy wszystkich na sali zrobić ze mnie wyrodną córkę. Nie ważne, ze przyszłam, powinnam w podskokach i na jednej nodze. A jakbym tak zrobiła, to by się okazało, że skakałam za mało entuzjastycznie… A ja zawsze byłam zbyt grzeczna by jej przerwać, choć ludzie zażenowaniu słowami mamy pewnie wdzięcznie by to przyjęli.  Całe jej zachowanie, przysyłanie mi smsów i dzwonienie, chociaż ileś razy prosiłam by tego nie robiła, że nie dobieram i kasuję bez czytania, pokazywało, że w jej postawie nie ma zmian.

Ostatecznie kupiłam jej śliczny bukiet kwiatów, dołączyłam bilecik z życzeniami i przekazałam przez brata. I czułam się z tym dobrze, że szanuję siebie i dbam o siebie.

Następnego dnia źle się czułam (okres, przyjemność kobieca) , więc odwołałam swoją wyprawę na działkę w celu sadzenia krzaczków. Znów nie odebrałam telefonu od mamy i po chwili zadzwoniła babcia z awanturą, że mam czegoś bardzo potrzebuje i mam się z nią skontaktować, a babcia jest w swoim mieście, rodzinka na działce. No dobra… rozumiem, sytuacja kryzysowa, dzwonię. Okazuje się, że tata z bratem przynieśli jej jedzenie i zostawili obok łóżka a ona nie może sobie tego wziąć, na obiedzie nie była bo miała badania, żebym przyjechała. Pytam się czy żadna pielęgniarka nie może jej pomóc, skoro chodzi tylko o podanie gotowego jedzenia, to od razu zrobiła scenę, że ach ja nie znam realów, jeśli to dla mnie taki problem, to niech nie przyjeżdżam. Oczywiście manipulacja tylko mnie zirytowała, ale znając ją wiem, że musi jeść regularnie, bo inaczej ma straszne ataki migreny.

Dobra, łyknęłam jakieś leki rozkurczowe i przeciwbólowe i jadę.

Matka zachowywała się popranie, prezentując wobec mnie ledwo tłumioną wrogość. Okazało się, że może pielęgniarki są zabiegane, ale spokojnie by jej pomogły. Do chłopaków nie dzwoniła spytać się czy mogą wrócić wcześniej. Od początku planowała wrobienie mnie w pomoc.  Nic jej nie mówiłam, zrobiłam co było do zrobienia i pojechałam. Jak wróciłam do domu pomyślałam sobie – nigdy więcej. Jak mama chciała mieć córkę do pomocy, to trzeba było o relację dbać.  Teraz już po ptokach.

To nie jest przypadek osoby, która inaczej nie potrafi, ale się stara. Nie, jej się po prostu nie chce. To zimna egoistka, która całe życie manipulowała ludźmi i wykorzystywała ich do swoich celów. Czasem uroni łezkę, ale nie z powodu mnie, tylko niespełnionej wizji córeczki, która biegnie na każde zawołanie, jest zawsze po jej stronie (przeciw ojcu), zawsze wysłucha, pogłaszcze po główce i w żadnym wypadku nie ma własnych potrzeb, oczekiwań i praw. Jak sama kiedyś przyznała, urodziła mnie bym robiła jej dobrze… no cóż, trzeba było sprawić sobie robota, ja jestem człowiekiem ze swoimi potrzebami i planami na życie, a rezygnowanie z siebie i podporządkowanie się mamie przez większość mojego życia, do tej pory wychodzi mi bokiem. Zresztą jakikolwiek przejaw serca z mojej strony i tak zostaje zignorowany, potraktowany jako oczywistość albo wręcz zinterpretowany jako coś złego (a mama potrafi odwracać kota ogonem, wierzcie mi)

Dawałam jej wiele szans, ale nawet jeśli chwilę słuchała, potem wracała do swojej wizji świata i NIC nie zmieniała w swoim zachowaniu i postawie wobec mnie. A ja płaciłam zbyt wielką cenę psychiczną za podtrzymywanie kontaktu, za każdą rozmowę z nią, gdzie poprawiała sobie samopoczucie moim kosztem. W końcu zrozumiałam, że bez względu na to jak bardzo się poświęcę – jej nie uszczęśliwię. Bo ona nie potrafi być szczęśliwa, pielęgnuje własne żale i pretensje niczym najcenniejszy skarb.  Są one podstawą jej samooceny (skrzywdzona niewinność) i sposobem na życie.  Za to widać było wyraźnie, że gotowa jest mnie zniszczyć psychicznie, by tylko na chwilę poczuć się lepiej. Pozbawiona empatii, żałosna karykatura matki…

Przez lata dawałam się manipulować poczuciem winy, ulegałam presją oczekiwań rodziny, dla której wygodne było bym się podkładała. Postanowiłam jednak, że teraz dbam o siebie i swoje życie. To jest moja decyzja co zamierzam zrobić w tej sytuacji. Wbrew pozorom ja mam wybór. Mogę się wyoutować z roli córeczki dbającej z poświęceniem o coraz bardziej chora psychicznie matkę. Nie interesuje mnie rola matki teresy. Wolę być czarną owcą, wyklętą przez rodzinę, ale dobrze się czuć sama ze sobą. Mieć świadomość, że mogę na siebie liczyć, nie dam się zniszczyć w imię jakiejkolwiek ideologii. Dbam o swoje uczucia, swoje potrzeby, po raz pierwszy doceniam, że są ważne. Nie poprawiam sobie samopoczucia cudzym kosztem, ale nie pozwalam też by inni robili to ze mną. Coraz bardziej czuję co to znaczy szanować siebie i swoje granice.

Oczywiście to była dopiero pierwsza z wielu sytuacji tego typu. Ja stawiam sprawę jasno – nie utrzymuję kontaktu z matką, nie będę się nią opiekować na starość. Może za kilka lat nabiorę takiej odporności psychicznej, takiej siły, że to co ona robi będzie po mnie całkiem spływać i jakiś kontakt będzie możliwy, ale na razie muszę dbać o siebie.

Tylko muszę jeszcze do końca uwierzyć w to, że ten wybór jest moralnie w porządku. Całe szczęście Ukochany chodzi za mną i kilka razy dziennie powtarza mi – dobrze robisz, jesteś w porządku. Zanim do końca w to uwierzę, potrzebuję tych słów.

Opublikowane w:  on 28 sierpień 2009 at 15:56 Komentarze (2)

W co wierzysz?

Test ze strony: www.beliefnet.com/Entertainment/Quizzes/BeliefOMatic.aspx

1. Neo-Pagan (100%)
2. New Age (100%)
3. Unitarian Universalism (97%)
4. Mahayana Buddhism (95%)
5. New Thought (88%)
6. Scientology (83%)
7. Theravada Buddhism (83%)
8. Liberal Quakers (80%)
9. Reform Judaism (71%)
10. Hinduism (69%)
11. Jainism (67%)
12. Christian Science (Church of Christ, Scientist) (64%)
13. Taoism (63%)
14. Mainline to Liberal Christian Protestants (62%)
15. Sikhism (60%)
16. Secular Humanism (54%)
17. Baha’i Faith (47%)
18. Orthodox Judaism (43%)
19. Orthodox Quaker (42%)
20. Nontheist (36%)
21. Islam (32%)
22. Mainline to Conservative Christian/Protestant (23%)
23. Seventh Day Adventist (16%)
24. Church of Jesus Christ of Latter-Day Saints (Mormons) (14%)
25. Jehovah’s Witness (14%)
26. Eastern Orthodox (2%)
27. Roman Catholic (2%)

PS. Za dużo się dzieje na kilku frontach bym mogła to wszystko spisać. Ale w koncu to zrobię. Mam też rozpoczęty post dla Ratibusa nt. mechnizmów kompensacyjnych i uzależnień, ale potrzebuję więcej czasu i wolnej głowy by go skończyć.

Opublikowane w:  on 2 sierpień 2009 at 10:30 Komentarze (1)