“U nas panuje stereotyp, że organizacja charytatywna powinna być wdzięczna za każdą pomoc. Bzdura! My nie jesteśmy po to, żeby ktoś naszym i osób potrzebujących kosztem poprawiał sobie samopoczucie. Nie każda pomoc jest cenna. Pomoc nie może poniżać. Jeśli ktoś zaspokaja swoje potrzeby emocjonalne, bo chce poczuć się dobrym, to ja nie zgadzam się, by ktoś taki nam pomagał. Kiedy mówię to ludziom wprost, najczęściej słyszę bluzg. Potem przychodzi zastanowienie i niektórzy wracają – już z konkretną pomocą, a nie ze śmieciami”.

Fragment rozmowy z księdzem Jackiem Stryczkiem, duszpasterzem wolontariuszy odnośnie pomagania powodzianom

Zaskakujące jak trafnie opisuje to moje przemyślenia dotyczące wydarzeń jakie miały miejsce w ostatnim roku: “wpierania” przez rodzinę,  zachowanie mojej już- ex-przyjaciółki, oraz sytuację z domu opieki dla osób starszych, której ostatnio byłam świadkiem. Wszystkie łączy wspólny element – zabrało elementarnego szacunku i życzliwości dla drugiej osoby. Ktoś tak bardzo utknął w wizji własnej wspaniałomyślności, że nie zauważył, że potrzeby osoby drugiej osoby wymijają się z tym, co on robi, a czasem nawet ją krzywdzi.

Fakt, że ktoś znalazł się w trudnej sytuacji: dotknęła go bieda, problemy, niedołężność – nie znaczy, że stracił godność. Powiem więcej, często dla tych osób godność, to jedyne co im zostało. Zawstydzanie, upokarzanie przy jednoczesnym obnoszeniu się z własną dobrocią – bardzo boli. Trudna sytuacja sama w sobie jest zawstydzająca i upokarzające. Świadomość własnej słabości i niemożności poradzenia sobie z problemem, a czasem nawet z codziennym życiem, jest bardzo trudna do zniesienia. A jednocześnie człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że naprawdę potrzebuje pomocy z zewnątrz, czasem jest od niej całkowicie uzależniony i sprawia to, że jest w mniejszym lub większym stopniu na łasce innych osób. I niestety tutaj pojawia się dla darczyńców pokusa by to wykorzystać. Zrobić sobie dobrze za pomocą drugiej osoby. Niby wszystko jest ok – dary dla powodzian przekazane, piękne słowa zrozumienia i akceptacji  wysłane, starszej pani ślina wytarta z twarzy. Z daleka wygląda to pięknie, jednak osoba obdarowana i czasem ktoś, kto zada sobie trud przyjrzeć się sprawie widzą, że szczegóły i sposób wykonania sprawiają, że nie jest tak cudnie. Dary są starymi ubraniami, których ktoś chciał się pozbyć, piękne słowa mijają się z czynami, same sobie przeczą i tak naprawdę tylko pokazują, jak bardzo druga osoba ma nas gdzieś. Wsparcie od rodziny związane jest z przemocą ekonomiczną, a staruszka traktowana jest jak bezwolne małe dziecko i maskotka opiekującej się nią kobiety – nie mogącą się bronić ofiarą przemocy psychicznej.  Takie zachowanie sprawia, że ma się ochotę powiedzieć drugiej osobie – zabierz to co mi dajesz i nie chcę Cię więcej widzieć. Wolę chodzić głodna, niż przyjąć pomoc od Ciebie na takich warunkach.  Spotyka się to z pełną oburzenia reakcją, oskarżeniami o niewdzięczność, własne problemy emocjonalne itp. itd. Trudno zrezygnować z tak wygodnych wyobrażeń na swój temat i przyznać się do błędu. Otworzyć się na drugą osobę, spróbować zrozumieć i naprawdę pomóc, nawet jeśli nie wiemy jak to jest.

Kiedyś wydawało mi się, że każda w miarę inteligentna osoba jest w stanie sobie wyobrazić co czuje ktoś w trudnej sytuacji. Teraz wiem już, że tak nie jest. Ktoś, czyje życie upłynęło bez większych tragedii, kto zawsze mógł liczyć na wsparcie swoich najbliższych, nie jest w stanie zrozumieć jak to jest gdy cały świat Ci się wali i jesteś z tym sam (co najwyżej z najbliższymi, którzy też zostali poszkodowani i nie mogą Ci pomóc). Jak to jest gdy problem nie znika po chwilowej mobilizacji, bo nie zależy od nas i trzeba po prostu nauczyć się z nim żyć, choć jest to bardzo trudne. Dla kogoś, czyje życie było zdobywaniem szczytów, osoba, która ma problemy z tym by w ogóle chodzić, jest prawdopodobnie leniem. Z chęcią  będzie analizował dlaczego jej się tak nie udaje i co powinna robić by się to zmieniło, nie dostrzegając, że ona radzi sobie najlepiej jak potrafi (pomijam tych, którzy uciekają np. w alkoholizm i nie podejmują próby zmian), a roztrząsanie jej nieudolności jej nie pomaga, choć na pewno osoba pomagająca może poczuć się lepiej – przecież dla niej to takie łatwe. Ale być może jak porównany inne płaszczyzny życia, to okaże się, że sytuacja jest odwrotna. Jednak nie sądzę by Pan/Pani Szlachetni chętnie porozmawiali o tym co IM nie wychodzi. A nawet jeśli ktoś rzeczywiście sobie całe życie spieprzył, to czy stracił prawo do elementarnego szacunku? Nie mówię o uchylanie się nad każdym menelem i dawanie kasy na wino marki wino, ale o traktowanie drugiej osoby jak człowieka, a nie śmiecia. A przynajmniej o odrobinę autentyczności – jak kimś gardzisz to daruj sobie ten krzywy uśmiech na pełnych frazesów wargach. Jeśli nie pomagasz z serca  a z wyrachowania – bo tak trzeba, bo obiecali Ci za to nagrodę w niebie, to bądź uczciwy i nie każ dziękować jak za szczere złoto.

Ale jednocześnie nie trzeba znać wszystkich ciemnych stron życia, by pomóc. Ważne tylko by nie pomagać na siłę wg swojej – czasem zakrzywionej wizji, tylko pytać i naprawdę słuchać, czego druga osoba potrzebuje.

Chyba coraz bardziej zaczynam rozumieć słowo “pokora”. Nie przekonanie o własnej marności jakie proponuje Kościół, ale świadomość własnego człowieczeństwa i związanego z nim ograniczeń i słabości. Akceptacja, że tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono -  my także możemy kiedyś trafić na coś, co nas złamie. Zrozumienie też, że nie wiem wszystkiego o innych i nie mnie jest ich oceniać i potępiać. A jednocześnie, że każdy człowiek jest istotą godną, nie mniej i nie więcej wartą od innych (choć dla nas mogą być ludzie bardziej i mnie bliscy, lubiani i szanowani). Zaczęłam bardziej doceniać ludzi. Rzeczy, które kiedyś wydawały mi się oczywiste. Dobrą wolę, własna pracę nad sobą i wszystkie drobne sukcesy. Pomaga mi to wszystko dojrzeć do wybaczenia pewnym osobom rzeczy, które kiedyś wydawały mi się nie wybaczalne i czasem nadal są dla mnie trudne. A jednocześnie daje sobie prawo, by stawiać granice i mówić NIE, nawet jeśli po drugiej stronie jest oburzenie wcielenia_szlachetności_i_dobroci. Nie będę tłumaczyć ludziom na czym polega empatia. Jeśli do tej pory tego nie zrozumieli, to raczej ja ich jej nie nauczę. Straciłam ileś lat na próbę uczenia innych tego, do czego trzeba dojrzeć i to w przypadku, gdy wcale nie mieli na to ochoty. Czas zacząć szanować siebie i wybory innych ludzi. Ja mam prawo żyć tak jak chcę, oni tak jak oni chcą. Jeśli nasze postawy i oczekiwania się wykluczają, to czas się rozstać i budować relacje z tymi, którzy mają podobne definicje przyjaźni, miłości, szacunku i dobra oraz zbliżone sposoby ich okazywania.

A wszystkim tych, którzy potrafią ze szczerego serca pomagać innym i to robią – gratuluję i pozdrawiam.