ok 1,5 roku temu moja babcia dyktatorka odwiedziła mnie bladym świtem bez zapowiedzi. Wyciągniętą z łóżka wyzywała dobre 40 min na zmianę grożąc odebraniem mieszkania, wydziedziczeniem i mękami piekielnymi, jeśli nie wyrzeknę się ojca i nie będę zeznawać przeciwko niemu. Pomimo moich próśb by dała mi spokój i sugestii, że sprawy między mną a moimi rodzicami to jedno, nie mieszajmy jej do naszej relacji, kontynuowała awanturę w niezwykle bolesny dla mnie sposób. Po raz pierwszy w życiu bałam się, że moje serce nie wytrzyma targających nim emocji (a jest osłabione chorobami z dzieciństwa i odziedziczone skłonności predestynują mnie do zejścia na zawał w młodym wieku). Błaganie, by przestała, bo to się może dla mnie źle skończyć, babka skwitowała drwiną. W akcie desperacji zadzwoniłam do mamy, prosząc by uspokoiła własną matkę (pewnie sama ją do mnie przysłała), usłyszałam, że mam to na co zasłużyłam. Wtedy zrozumiałam, że nie tylko zupełnie nie interesuje ich to co ja czuję (o tym zdążyłam się już przekonać nie raz) - ja tam mogę zejść, a one jeszcze po mnie poskaczą, pełne oburzenia, że jak mogę robić IM problem. Wtedy coś we mnie pękło, dotarło do mnie wreszcie, że jeśli ja siebie nie ochronię, to one mnie zniszczą.
Po raz pierwszy wszelkie “ale to twoja babcia/mama”, “powinnaś ją zrozumieć” , “gdybyś tylko spróbowała do niej dotrzeć…” zeszły na bok i zadziałał instynkt samozachowawczy.
Jakimś cudem nie wyrzuciłam babci siłą, powiedziałam, że nie będę reagować na jej słowa, bo w taki sposób z nią rozmawiać nie będę, nie widzę sensu dalszej dyskusji. Życzę sobie by wyszła i więcej nie wracała, bo ja nie zamierzam jej więcej wpuścić. Przekroczyła wszystkie granice po raz kolejny i straciła prawo do kolejnej szansy. Najgorsi wrogowie mnie tak nie potraktowali jak ona…
Wyszła, a potem przez kilka miesięcy dzwoniła Z PRETENSJAMI, dla czego JA JĄ TAK POTRAKTOWAŁAM i nie chcę z nią rozmawiać – 3 razy dziennie, kolejny rok – kilka razy w tygodniu. Po pierwszej rozmowie przestałam odbierać, czasem odsłuchiwałam tylko zapis na poczcie głosowej słysząc, że nic się nie zmieniło. Po pół roku ustawiłam automatyczne odrzucanie rozmów, jednak zawsze przychodziła informacja, że dzwoniła. Do tego doszły smy dziwnej treści od mamy, oraz listy. Dochodziły do mnie wieści, że mama przy swoich coraz większych depresyjnych urojeniach, wzięła mnie na celownik i opowiada bliższej i dalszej rodzinie niestworzone historie na mój temat. Wg ostatniej wersji mającej tłumaczyć dlaczego nie stanęłam murem po jej stronie na rozprawie rozwodowej, jestem chora psychicznie. Gdy nasłała na mnie zaprzyjaźnionego psychiatrę pod byle pretekstem by rzuciła na mnie oko, spytałam tylko, czy mama wspomniała, że od 30 lat leczy się psychiatrycznie i czy Pan psychiatra może by sprawdził czy bierze leki, bo sądząc po objawach nie bardzo…
Starałam się żartować, ale prawda jest taka, że bardzo to wszystko przeżyłam. Nie bez powodu takie zachowania zostały określone mianem stalkingu i wyodrębnione jako konkretne przestępstwo zagrożone karą więzienia. Takie prześladowanie kogoś sprawia, że żyje ona w bardzo wysokim, nieustannym stresie i poczuciu zagrożenia, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Dopiero niedawno, dzięki technikom NLP przestałam nerwowo reagować na dzwonek telefonu. Przez długi czas nie mogłam spać, skupić się na pracy. Do tego później doszła wiadomość, że mam brata, o którym nie wiedziałam, że większość rzeczy jakie mi mówili rodzice to było kłamstwo… W tym samym czasie zawiodłam się na przyjaciółce i dobry rok zajęło mi odbudowywanie zaufania do ludzi.
Ten czas był bardzo ciężki, odbił się negatywnie na moich finansach, na moim zdrowiu i wielu relacjach. Widzę jednak, że dzięki mojej konsekwentnej pracy nad sobą, wychodzę z niego silniejsza i… prawdziwsza. Bardziej świadoma tego kim jestem, czego chcę i czego nie chcę. Gdzie przebiegają moje granice i dlaczego chcę je chronić. Uświadomiłam sobie, że to co było mi kulą u nogi, nazywa się mechanizmami współuzależnienia. Że ludzie robili sobie ze mną co chcieli tak długo, bo wyżej stawiałam ich uczucia i potrzeby od moich. Teraz świadomie mogę wybrać inaczej.
Obiecałam sobie, że nie dam się więcej krzywdzić. Że nie będę się tłumaczyć i próbować uświadamiać ludziom rzeczy oczywistych jak to, że mam prawo do szacunku dla siebie, moich wyborów i uczuć. Jeśli ktoś tego nie wie sam z siebie, nie są to jego wartości, nie obchodzi go to, że cierpię, to żadne argumenty do niego nie trafią, a mnie sama rozmowa zrani podobnie jak bezpośrednie obelgi. Jeśli relacja ma polegać na tym, że ja ustępuje o 100% a druga osoba nie zmieni swojego zachowania nawet o 2%, choć jest to PRZEMOC wobec mnie, to ja mówię “sayonara”. Wolę spędzać czas z ludźmi, którzy potrafią kochać i szanować, którym nie przyjdzie do głowy by kogoś krzywdzić i wykorzystywać dla swoich celów. Przy których po prostu mogę być sobą i oni też są sobą, bez odgrywania cudownych matek i kochających babć, bez miejsca na szczyptę szczerości.
Musiałam się zmierzyć z wkodowanym przez lata poczuciem winy i odpowiedzialności za uczucia moich rodziców i dziadków. Moim sojusznikiem było jedyne co miałam – mój ból – świadomość, że jest on realny, w przeciwieństwie do rzekomych krzywd jakie miałabym stawiając granice wyrządzić mojej rodzinie. Jak bohaterka w jednej z opowieści w “Biegnącej z Wilkami” – należę do klanu blizn i wiem, że skóra w miejscu blizny jest grubsza niż wcześniej i da mi siłę na przyszłość.
Dzisiaj babcia znów bez zapowiedzi zapukała do moich drzwi. Uchyliłam drzwi by usłyszeć z czym przyszła (zastawiając nogą, by nie otworzyły się szerzej). Zaczęła standardową śpiewkę, że jak ja mogę, CZEMU jej nie wpuszczam. Na moje stwierdzenie, że ostatnim razem jak ją wpuściłam wyzywała mnie 40 min, szła w zaparte, że nigdy w życiu… W takim razie nie mamy o czym rozmawiać. Dokonała wyboru, że woli się wybielić niż przyznać do błędu i zmienić zachowanie – ma prawo, ale ja w ten sposób rozmawiać z nią nie będę. Nie mam ochoty na powtórkę z rozrywki, ani udawanie, że nic się nie stało, gdy ona nie zmieniła zachowania i pewnie jedyne po co przyszła, to poza pretensjami żądania, że ja powinnam mamie to i tamto. Próbowała się na siłę wepchnąć, ale z pomocą narzeczonego zamknęłam drzwi. A potem się poryczałam.
Czułam taki cholerny żal, że to tak wygląda. Czy ona musi iść w zaparte? Ja naprawdę nie wymagałam by posypała włosy popiołem i biła się w pierś za każdym razem jak mnie widzi, byleby zmieniła swoje zachowanie. Ale ona tego nie zrobi. Ma być tak jak ona tego chce i już. Jednak tak jak jej powiedziałam, ponosi konsekwencje swoje postępowania, czy tego chce czy nie. Bo ja nie zapomniałam i nie zamierzam zapomnieć. Obiecałam sobie, że będę się chronić i o siebie dbać, że pozostanę wierna sobie i słowa dotrzymałam – to fajne odczucie. Wcale jednak nie czuję się dobrze zamykając jej drzwi przed nosem. Nade wszystko na świecie chciałam wybiec na korytarz i ją uściskać, tą głupią, upartą jak osioł staruszkę i powiedzieć jej, że ją kocham. Wiem jednak z doświadczenia, że ona potraktowała by to tylko jako przyzwolenie na robienie co chce. Czułam jednak jakby między nami była ściana z grubego szkła, przez którą nie mogę się do niej przebić. Zupełnie jakbyśmy mówiły innym językiem – moje słowa o szacunku i godności są dla niej czymś abstrakcyjnym, ona chce posłuszeństwa, na ludzi patrzy całkowicie przedmiotowo. Nie ma żadnej płaszczyzny porozumienia. Za duże są koszty jakichkolwiek rozmów. Rozsądek nakazuje dać sobie spokój.
Przydałby się tylko jakiś bezpieczny las, w którym mogłabym się zaszyć i wyć…

Nie daj sobie wmówić, że ból uszlachetnia. Świadomość uszlachetnia – ból jedynie boli. Osobiście wierze w prostą definicję miłości – to stan w którym jesteś w stanie przezwyciężyć własne ego by nie ranić kochanej osoby. Jeśli ktoś świadomie rani znaczy, że nie kocha, a jak mawiał Nietzsche – gdzie nie można kochać, tam należy mijać.
W pewnych sytuacjach każde słowo to banał, a wszystkie słowa zostały już powiedziane.
Bądź świadoma – tego Ci życzę– to najkrótsza droga do własnego nieba.
Uczeń.
Dziękuję za inspirację, jednak coś innego miałam na myśli. Ból nie uszlachetnia. To bajka dla tych, którzy dla wygody innych powinni zaciskać zęby i dalej znosić cierpienie w imię pseudo wyższych idei. Ja zwróciłam uwagę na to, że tkwiąc od lat w szponach współuzależnienia znieczuliłam się na własne uczucia. Zawsze ważniejsze było to co czują i czego pragną inni – ich prawa i potrzeby. Gdy wspominałam o własnych i kwestionowałam to co się dzieje, słyszałam, że ja nie mam prawa tak czuć/myśleć, rodzice/dziadkowie chcą dobrze, starają się tylko ja tego nie doceniam i że wcale nie cierpię, uroiło mi się. Z czasem już nie wiedziałam co naprawdę czuję, wszystko było zakrzywione i wyblakłe. A jeśli nie odczuwam tego, że ktoś mnie krzywdzi jak mogę postawić mu granicę?
W takiej sytuacji odczucie własnego bólu jest doświadczeniem wyzwalającym. Zamiast tkwić w sieci wyobrażeń i filtrów rodzinnych, zaczynam wreszcie czuć siebie. Dość brutalnie, ale jednak siebie. Dzięki temu mogę działać tak, aby ten ból zmniejszyć. Daje mi on siłę do działania. Nie jest po to by go gloryfikować, lecz zrozumieć przekaz jaki niesie. Każda emocja, nawet przykra ma swój psychiczny cel i zrozumiana nas wspiera. Ból jest sygnałem alarmowym, że dzieje nam się krzywda i trzeba działać. Smutek uświadamia nam, że straciliśmy coś dla nas ważnego. Złość informuje, że ktoś przekracza nasze granice. Wiem, że najlepiej jest mieć pozytywną motywację, wypływającą z ugruntowanego szacunku i miłości do siebie, i to tego dążę. Ale nie jestem jeszcze na tym etapie. Dopiero uczę się kochać i szanować siebie. Dzięki takim sytuacjom jak wczoraj ten szacunek wzrasta, bo daję sama wyraźny sygnał sobie i światu, że na szacunek zasługuję i pewnych zachowań wobec mnie tolerować nie będę. Zaczynam mieć świadomość własnych uczuć, to czasem trudne a jednak potrzebne i owocne doświadczenie.
Pozdrawiam