Początek zmian

Zdaję sobie sprawę, że przez ostatnie miesiące blogowałam znacznie mniej niż kiedyś, i choć praca i szereg zajęć byłyby wystarczającym wytłumaczeniem, to ja wiem, że bardzo powierzchownym.

Bo tak naprawdę to nie wiedziałam co pisać.

Weszłam w bardzo trudny okres w moim rozwoju, czas poznawania tych mniej przyjemnych stron samej siebie. Uświadamiania sobie o co mi tak właściwie w życiu chodzi i na jakiej postawie buduję relacje i dlaczego podejmuję takie a nie inne decyzje.

Niby wcześniej też wiele dowiadywałam się o sobie, ale nigdy wcześniej nie kopałam tak głęboko i nigdy nie poznałam tylu zawstydzających rzeczy odnośnie samej siebie.

Czułam, że dotarłam do fundamentu całego mojego życia. Moich podstawowych pragnień, lęków i motywacji i nie był to miły obraz. Okazało się, że głęboko jestem mściwą, bezlitosną, pełną gniewu i zaślepioną dawnym bólem kobietą. Egoistką niezdolną do bezinteresowności (czego nie było widać, bo często zachowywałam się tak jak czułam, że powinnam się zachować, choć nie płynęło to z serca).

Walczyłam ze wszystkimi i wszystkim, a jakim kosztem, to jakoś latami umykało mojej uwadze. To wszystko było przykryte grubą warstwą mechanizmów okłamywania samej siebie, grania ofiary i szlachetnego “dążenia do sprawiedliwości”. W środku jednak wiedziałam jaka jestem i gardziłam sobą coraz bardziej.

I gdy zaczęłam sobie to wszystko po kolei uświadamiać (z wielką niechęcią) moja samoocena, którą udało mi się podnieść do przyzwoitego poziomu, poleciała na łeb na szyję.

Musiałam sobie wszystko przewartościować na nowo. Zrozumieć, wyprostować. Zdecydować kim jestem i na jakich fundamentów chcę budować moje życie. Co jest dla mnie naprawdę najważniejsze i uwierzyć, że mogę to osiągnąć.

Było ciężko. Czułam, że grunt usuwa mi się pod nogami, nie wiem co mam myśleć o sobie i swoim życiu.

Po raz pierwszy naprawdę bałam się iść na sesję. Obawiałam się tego, co tym razem sobie uświadomię, który z “pewników” mojego życia runie tym razem. Jednak miałam już tak dość życia w kłamstwie i zamotania, że szłam i z pokorą przystępowałam do uzdrawiania kolejnych kawałków mojego życia.

Niektórzy nazywają taki czas “Ciemną nocą zmysłów”. Gdy spotykamy własny mrok czasem wydaje nam się, że nas to przerasta. Chce nam się wyć. Tracimy siły i resztki radości życia. Jednak żaden inny czas nie przynosi tyle zrozumienia, świadomości i inspiracji. Gdy noc dobiega końca jesteśmy w jakiś sposób odnowieni, silniejsi i prawdziwsi.

Tak to właśnie czuję, że wszystko jest teraz szczersze, bardziej autentyczne. Pogodziłam się z samą sobą i w pewien sposób czuję się spokojniejsza i pewniejsza siebie niż kiedyś. Doceniam swoje mocne strony i po kolei przerabiam te słabe. Nie czuję potrzeby lukrowania swojego wizerunku, przestałam się też przejmować tym, co myślą na mój temat inni. Zrozumiałam, że wielu ludzi nie interesuje prawda, a mądrzy ludzie nie czują potrzeby osądzania. Kiedyś czułam potrzebę bronienia się przed oskarżeniami, a teraz szkoda mi na to czasu. Po prostu nie tłumaczę się i robię swoje, a tych, którzy kiedyś manipulowali moimi emocjami szlak trafia.

Jednocześnie wielkiemu uzdrowieniu uległy moje relacje, zwłaszcza z mężczyznami. Musiałam zmierzyć się z olbrzymimi lękami, żalem i nienawiścią do rodu męskiego (z wyjątkiem Mojego Mężczyzny, ale ta relacja zawsze rządziła się swoimi prawami), mechanizmami budowania konfliktów w celu nabrania “bezpiecznego” dystansu, obawami przed otworzeniem się na drugiego człowieka.

Nie twierdzę, że jest już idealnie, ale po raz pierwszy od dawna czuję w swoim sercu miłość bezwarunkową i pełną ufności, bez niewyłączającego się sondowania sytuacji i mechanizmów kontroli nad nią. Jednocześnie pozbyłam się uzależnień i zaślepień w relacjach i zupełnie inaczej na nie patrzę, inaczej reaguję. Jest swobodniej, bez utartych schematów, za to z większą adekwatnością reakcji do sytuacji – zamiast reagować z poziomu lęku po prostu patrzę z czym mam do czynienia i szukam najlepszych rozwiązań w danej sytuacji.

A samoocenę buduję od nowa, tym razem nie w oparciu o zamki z piasku, ale solidne fundamenty.

Tak jest znacznie lepiej.

Czuję, że zaczął się zupełnie nowy rozdział mojego życia.

A na podkreślenie zmian – nowy szablon bloga.

Opublikowane w:  on 18 wrzesień 2008 at 16:05 Dodaj komentarz
Tags:

Moja nowa miłość

.. nie jest ponętnym brunetem, ani nawet przystojnym blondynem, tylko Techniką Emocjonalnej Wolności po angielsku w skrócie EFT :)

Zauroczyła mnie swoją banalnością przy jednoczesnej niezwykłej skuteczności. Pozwala w ciągu kilku minut pozbyć się lub choć znacznie osłabić lęk czy też inne uczucie, a przy konsekwentnej pracy uzdrowić je całkowicie. Niesamowicie przyspieszyć pracę z afirmacjami, czasem po 1 dniu pracy całkowicie zmieniając moje nastawienie do jakiegoś tematu.

Cała metoda polega na opukiwaniu kilku wybranych punktów (zakończeń meridianów – subtelnych kanałów energetycznych) podczas wypowiadania odpowiednio skonstruowanych afirmacji i myślenia o problemie. Opukiwanie wywołuje falę energii, która odblokowuje system energetyczny zablokowany w związku z problemem, o którym myślimy. Kilkakrotne powtórzenie wraz z rundą pozytywną (skupianie się na problemie by dotrzeć do blokad a potem na rozwiązaniu problemu) daje naprawdę niesamowite efekty. Przy bardziej skomplikowanych zagadnieniach trzeba robić oddzielnie rundy dla każdego aspektu – uczucia/przekonania związanego z daną sprawą. Niekiedy jednak uzdrowienie działa na zasadzie domina – jak opukasz dany temat w kilku aspektach, to uzdrawiane są automatycznie wszystkie. Niekiedy jednak trzeba drążyć temat i dojść do wszystkich ważnych aspektów.

Podświadomość moja tak polubiła tą metodą, że pracuje mi się z nią świetnie i szybko. Aż palę się do pracy nad sobą :D Od razu czuję czy runda wystarczyła, czy trzeba kontynuować, dodatkowe aspekty wychodzą od razu podczas opukiwania aspektu podstawowego, albo śnią mi się wyraźnie kolejnej nocy i rano mogę kontynuować.

W telegraficznym skrócie metoda wygląda tak:

  1. Wybierz problem z jakim chcesz pracować i konkretną sytuację, w jakiej ten problem się pojawił.
  2. Opisz ją w kilku zdaniach, ale tak jak opowiadałbyś bliskiej osobie. Na początku dobrze jest to zrobić w formie pisemnej zanim nie nabierzesz wprawy.
  3. Teraz nadaj tytuł tej sytuacji.
  4. Zastanów się, która część opisu Twojej sytuacji budzi w Tobie najwięcej emocji i wybierz ją na początek na zdanie testujące.Załóżmy, że naszym problemem jest lęk przed czymśtam.Tak więc naszym stwierdzeniem testowym jest: Czuję lęk przed czymśtam.
  5. Oceń intensywność na skali od 0-10.
  6. Następnie zbuduj ustawienie czyli: Mimo, że (zdanie testujące opisujące Twój problem), to szczerze i głęboko akceptuję siebie. oraz powtórz je 3 razy opukując Punkt karate lub masując węzeł limfatyczny.
  7. Przejdź do punktów na ciele i przy każdym punkcie powtarzaj zdanie testujące lub jego fragment na zmianę. (Brew, Bok oka, Pod okiem, Pod nosem, Broda, Obojczyki, Pod pachą, Czubek głowy, Kciuk, Palec wskazujący, Palec środkowy, Mały palec).
  8. Zrób dwa okrążenia na rundę negatywną a pomiędzy nimi Procedurę 9-gamową (zamykamy oczy, otwieramy oczy, spójrz w dół – lewo, spójrz w dół prawo, zatocz oczami koło, zatocz oczami koło w drugą stronę, zanuć melodię, policz od 1 do 9, zanuć melodię).
  9. Zaczynając trzecie okrążenie wprowadź sformułowania typowe dla rundy pozytywnej np.: uwalniam (ten problem); wybieram wolność od… ; cieszę się, że wreszcie uwolniłem się od…i zrób jedno lub dwa okrążenia rundy pozytywnej.
  10. Weź głęboki oddech i oceń na skali intensywność emocji na zdanie testujące, nad którym pracowałeś.
    • jeśli czujesz, że intensywność jest mniejsza zrób rundkę dodatkową, z tym samym ustawieniem
    • jeśli podczas wypowiadania zdania testującego poczujesz obojętność, albo intensywność emocji ocenisz na zero, zrób skrótową rundę dodatkową np. ustawienie, runda negatywna, runda pozytywna, aby upewnić się, że w ogóle nie reagujesz już żadnymi emocjami i napięciem, a wręcz masz poczucie, że mówisz o czymś co Cię w ogóle nie dotyczy.
  11. W rundzie dodatkowej powtórz zmodyfikowane ustawienie dodając do zdania testującego
    słowo POZOSTAŁOŚĆ lub NADAL:
    Mimo, że mam POZOSTAŁOŚĆ (tego problemu), to szczerze i głęboko akceptuję siebie.
    lub:
    Mimo, że NADAL mam (ten problem), to szczerze i głęboko akceptuję siebie.
    a w przypominaczu rundy negatywnej słowa:
    POZOSTAŁOŚĆ (tego problemu) lub NADAL mam (ten problem) lub NADAL czuję, że…
  12. Jeśli po rundzie dodatkowej intensywność nie spadła do zera to powtórz jeszcze raz rundę
    dodatkową. Jeśli spadła do zera w tym zdaniu testującym i jest Ci całkowicie obojętne, to
    warto sprawdzić pozostałe aspekty sytuacji i zbudować inne zdania testujące.

(„Chełmicka Joanna, (2008), Wprowadzenie do EFT, Instytut EFT, www.eft.net.pl”)

Pełny tekst świetnego i darmowego podręcznika wraz z rysunkami gdzie znajdują się poszczególne punkty znajdziecie TU.

Opublikowane w:  on 16 wrzesień 2008 at 22:39 Dodaj komentarz

Warsztaty to jest to!

To był baaaardzo udany weekend. Sam pobyt znajomego był okazją do wielu ciekawych rozmów, a w połączeniu z warsztatami sprawiło, że zaliczam je do najbardziej udanych.

Od samego początku ogarnęło nas jakieś takie rozrzewnienie – stęskniliśmy się za sobą i warsztaty zaczęliśmy od całkowicie autentycznych i szczerych misiaczków.

Omawiany temat – ograniczające nas lęki, trafił do wszystkich – kto się czegoś nie boi. Atmosfera na zajęciach mimo wszystko była tak swobodna, że takich tekstów i sprośności to ja nie pamiętam :P Uwielbiam tą naszą grupę :D

Sesje – rewelacja. Przy pierwszej, uciekłam do drugiego pokoju, bo już od piątku wiadomo było, ze mnie i Mojemu Mężczyźnie będzie wywalać do siebie i trzeba nas odizolować na czas sesji, byśmy się nie rozpraszali wzajemnie. Tak więc siedziałam w drugim pokoju z 2-ma kobitkami powyżej 40 lat – jedna do pomocy. W pewnym momencie stanęło na tym, że odliczałyśmy sobie tematy hurtem – w formie “my”, bo okazało się, że absolutnie wszystkie poruszane tematy dotyczą nas 3, ja nie jestem w stanie odliczać klientce, bo mnie zaczyna samą telepać itp. Przy mojej sesji miałyśmy ubaw nie z tej ziemi, jak wyszedł temat facetów, do czego są potrzebni, teksty o ich wbudowanym, interaktywnym wyposażeniu, którego jak w przypadku kobitek, nie trzeba sobie dokupować, należały jeszcze do kategorii dosyć grzecznych :P Naprawdę dobrze, że nikt nas nie słyszał ;)

Ale pośród śmiechów i chichów, wiele sobie uświadomiłam, m.in. przyczyny pewnego uzależnienia od mojego partnera, takiego podświadomego wymagania, by wypełnił moją wewnętrzną pustkę, której istnienia nie dopuszczałam do świadomości. Może to sprawdzało się gdy większość dnia spędzał On w domu pisząc magisterkę, ale teraz, gdy pracuje na etacie, sprawia, że czułam niezaspokojony głód emocjonalne i czułam się źle i niedobrze pod jego nieobecność. Dodatkowo tego i następnego dnia uświadamiałam sobie i przerabiałam różne mechanizmy obronne mające chronić mnie przed potencjalnym zranieniem w związku, a realnie owocujące niepotrzebnym dystansem i manipulacjami.

Jak puściło, to stwierdziłam, że patrzę na Niego inaczej – widzę bardziej osobę, takiego jaki jest teraz, bez kalek karmicznych – nakładek jaki był kiedyś. Widzę wyraźniej jego zalety, to jak się zmienia, ile osiągnął. A jednocześnie nie ma tej nieprzytomnej zaborczości, jest większy szacunek i zaufanie. Bliskość zamiast coś tam kompensować, stała się wspaniałym doświadczeniem. On też sporo przerobił i po warsztatach, jeszcze bardziej niż zwykle, uwielbiamy się nawzajem i szalejemy na swoim punkcie. Krótko mówiąc, ledwo doszliśmy do domu a od razu wylądowaliśmy w łóżku i było gorrrrrąco :D

Naprawdę widać efekty pracy w temacie związków z warsztatów na warsztaty. Jest zdrowiej, jaśniej, uczciwiej, czulej, a jednocześnie bardziej namiętnie. Dajemy sobie nawzajem znacznie więcej przestrzeni, nie tracąc zaufania i wiary w nasz związek.

A ja już wiem skąd się u mnie bierze takie paraliżujace poczucie BRAKU – pieniędzy, czasu, miłości, wsparcia – to jak otchłań, której nic nie zaspokoi i sabotuje wiele działań. Częściowo od mamuśki, która zajmowała się mnią w dzieciństwie tak na odwal się i został lęk, że mi wszystkiego zabraknie, bo mam ledwo ci i tylko jeśli się upomnę; i ze znacznie wcześniejszego okresu, gdzie sama się pozamykałam na wiele fajnych rzeczy, ale byłam zaskoczona powstałą wtedy pustką.

No, ale mam na to afirmacje i wykorzenię do końca.

Uwielbiam regresing, naprawdę.

Opublikowane w:  on 24 sierpień 2008 at 20:13 Dodaj komentarz

Siup do góry

Nareszcie lepiej!

Znajomy, któremu też ostatnio wszystko się waliło i sypało, wpadł do mnie na 2 dni, byśmy się nawzajem z dołka wyciągnęli. 2 dni wypełnione sesjami na zmianę, rozmowami, przeczuciami i wskazówkami – co zrobić, by było lepiej.

Zmęczenie materiały po obu stronach było znaczne, choć i opory przed uzdrowieniem tematu do końca nie takie liche. Ale warto było się przełamać i uparcie dążyć do zrozumienia: o co do diaska chodzi, oraz puszczenia głupich i szkodliwych przekonań, uczuć, do których się przywiązaliśmy.

Z owym kolegą mam zawsze bardzo odjechane sesje. Większość ludzi głupieje, gdy sesja schodzi na tematy astralu, manipulacji energetycznych, magii itp. Oczywiście nawet większości ludzi korzystających z regresingu, nigdy się o to nie otarła i nie otrze ( Przynajmniej nie na tyle, by mieć co puszczać.)  Niektórzy wymyślają czasem sobie “nieziemskie” wytłumaczenie jakiegoś problemu, byleby tylko uciec od uzdrowienia relacji z rodziną, byłym/byłą itp. Ale w naszym przypadku chodziło o rzeczy bardzo konkretne.

Dopiero cofnięcie się w czasie do moich astralnych doświadczeń, pomogło mi uświadomić sobie dlaczego sama się ograniczałam i pozwalałam ograniczać się innym. Ciekawe, że tak bardzo się tych osób bałam, wierzyłam, że mają nade mną moc i władzę, a to sama kazałam sobie zapomnieć, że się do nich zgłosiłam z własnej nieprzymuszonej woli i przyjęłam ich warunki gry, bo chciałam dostać od nich coś, co wierzyłam dać mi mogą. A jak to często bywa oni wcale mi tego nie dali, ale płacić musiałam cały czas. O święta naiwności :/

Wszystko ułożyło się w wielką i spójną całość. Rozumiem już siatkę wzajemnych powiązań, kto reprezentował czyje interesy i dlaczego zachowywał się tak a nie inaczej. Rozumiem nawet skąd się czasem obok mnie brał taki paskudny zapach, którego jakoś nikt poza mną nie czuł! Moja własna paskudna astralna gwardia przyboczna, co to nic nie pomagała, a energię żarła. To już wiem czemu na analizie rozwoju duchowego miałam podkreślone “orszak astralny”, a ja nie wiedziałam o co chodzi :/

No i wiem czemu wokół mnie wiele jest osób z tym co nazywamy “wzorce strzygowe” – zamknięte serce, zero empatii, czyste wyrachowanie, paskudny charakter, opieranie relacji na manipulacjach…

Koniec z podatnością na ich presje, ataki i manipulacje, brrr. Nie chcę ich w swoim życiu.

Rodzinka od razu zaczęła szaleć czując, że tracą nade mną kontrolę. Babcia rozpaczliwie próbując przywrócić moje uzależnienie tylko w jaskrawy sposób pokazała, że chodzi jej tylko o to. Mama, grając lepszego policjanta próbowała delikatniej, lecz równie bezskutecznie.

Nie mam już powodów by ograniczać się, bo inni tak sobie życzą.

Efekt? Tak jak w ciągu ostatnich 6 tyg nie miałam żadnego zlecenia (powyżej 100 zł, jakieś drobiazgu przy aktualizacjach się znajdowały), to w ciągu 48h od sesji dostałam 3 i mam pracę ciurkiem na 2 tygodnie.

Pracuję z radością i robię plany czego się nauczyć na płaszczyźnie zawodowej i jak firmę lepiej zareklamować.

Tak być powinno! :) ))

Tylko jeszcze muszę sobie do końca wybaczyć swoją astralną przeszłość. Troszkę ego się skręca i nie ma sie czym chwalić.

I poczucie winy działa, nawet gdy wiem, że to głównie za jego pomocą tak łatwo dawałam sobą manipulować. Ale są metody i na to. Ze wszystkim zrobię porządek.

Idę odpisać klientowi na maila pełnego zachwytów nad tym co już dla niego zrobiłam :)

Opublikowane w:  on 11 lipiec 2008 at 15:55 Dodaj komentarz

Coś pozytywnego dla równowagi

Gdyby grzebanie w podświadomości powodowało tylko coraz większe wywalanki, dawno bym już je rzuciła. Na szczęście tak nie jest, a korzyści uzdrawiania siebie, są bardzo wymierne.

Podczas gdy kilka płaszczyzn mojego życia przypomina obraz nędzy i rozpaczy, mój związek wszedł w zupełnie nowy etap.

Oboje na sesjach puściliśmy różne gierki i wzorce, które sprawiały, że zamiast miłości rządziły w naszym związku lęk i manipulacje.

Po warsztatach On podszedł do mnie i drżącym głosem i łzami w oczach powiedział “kochanie, co my zrobiliśmy z naszym związkiem…” Ja na początku osłupiałam, a potem przytuliłam Go mocno. Potem  usłyszałam, że obawiał się zranienia przed którym ciągle się bronił manipulacjami, ale ja go nie odepchnęłam i poczuł, że może się otworzyć, może po prostu kochać i być kochanym…

Pogubiliśmy się gdzieś w naszych wzorcach, ale znów się odnaleźliśmy i prostujemy to co było pokręcone.

Oboje poczuliśmy w pewnym momencie sesji, że całe nasze serce, baa, nas całych wypełnia czysta i wspaniałą miłość. Że kochamy drugą osobę całym sercem i całą reszta przy tym to pikuś. To uczucie jest tak silne i tak wspaniałe, że aż nas przeraża. Czujemy się nieswojo gdy tak płynie silnym strumieniem. Wycofujemy się, boimy zranienia, oddalamy by powrócić do znanych nam schematów, ale za chwilę znów otwieramy się. Za każdym razem coraz pewniej.

To niesamowite jak teraz jest między nami. Taka czułość, tkliwość, a jednocześnie seks też sprawia nam jeszcze większą satysfakcję. Oboje wychodzimy z siebie by sprawić przyjemność drugiej osobie.

Dodatkowo On, po prowadzeniu sesji kobiecie, która męczy się, bo jej mąż wszystkie obowiązki zostawił na jej głowie i ani myśli jej pomagać, stwierdził, że jest mi wdzięczny, że się nie dałam, postawiłam Go do pionu i zmusiłam do udzielania się w domu. Teraz SAM Z SIEBIE bierze się za regularne sprzątanie, wyczyścił też dodatkowo kuchenkę i był z tego dumny :D

Po prostu patrzę i oczom nie wierzę.

Wyjechał na 3 dni do rodzinnego miasta, a ja już tak bardzo za Nim tęsknię….

Miłość to wspaniałe uczucie, jego moc stale mnie zdumiewa.

Opublikowane w:  on 5 lipiec 2008 at 22:27 Dodaj komentarz

Sięgając dna …

… lub fundamentów moich wszystkich problemów (wersja optymistyczna).

Oznaka – wszystko się wali, mnie z emocji wprost telepie, opory przed ruszeniem tematu silne jak nigdy w życiu i świadomość, że jak to ruszę, to zmieni się dosłownie wszystko.

Ostatnie tygodnie to droga od “źle” do “tragicznie”. Czegoś takiego to ja nie pamiętam.

Sytuacja zawodowa i finansowa – katastrofalna. 2 klientów nie płaci a kolejnych 2 ze zleceniami, które podreperowałyby mi finanse, od 2 miesięcy nie ma czasu przesłać mi materiałów do rozpoczęcia prac. Do tego silne presje rodziny – jesteś beznadziejna, nie radzisz sobie, idź na ciepły etat, babcia Ci załatwi (oczywiście taki, który mnie ZUPEŁNIE i CAŁKOWICIE nie interesuje i chyba bym się po pierwszym dniu pracy pocięła z rozpaczy)… Do tej ja sama starałam się sobie udowodnić, że po prostu sobie nie radzę, więc poziom sabotażu własnych działań przekroczył wszelkie granice.

Cały miesiąc utrzymywał mnie mój facet.

Z rodziną awantury i “poważne rozmowy”. Ich próba utrzymania kontroli versus moja chęć ostatecznego uniezależnienia się. Kwiatki w postaci argumentów, zagrań i zagrywek nadawały by się na solidną książę. Z jednej strony jestem świadoma tych manipulacji bardziej niż kiedykolwiek, a z drugiej przelewa się przeze mnie monstrualna ilość emocji.

Nic dziwnego – moje dno nazywa się “poczucie krzywdy”.

Myślałam, że to już puściłam, wydawało się, że wcale nie czuję żalu, rozumiem swoje błędy i intencje wyboru takich a nie innych rodziców, ale to była tylko wierzchnia, ładnie przyklepana warstwa.

Ostatnio dowiedziałam się o sobie rzeczy paskudnych. Mój wizerunek siebie już nawet nie zatrząsł się w posadach, lecz runął z piedestału i rozbił się z wielkim hukiem. Taka się już sobie wydawałam pozytywna i konstruktywna, ale to była tylko bardziej świadoma część mnie. Pod tym była złamana bólem kobieta, osoba, która cierpiała swojego czasu tak bardzo, że ugrzęzła w poczuciu skrzywdzenia i jedyną szansę na odzyskanie spokoju i nadzieję na szczęście widziała w uznaniu swoich krzywd przez ich sprawców, albo przynajmniej regularnej zemście. Czyli jak matka przyzna, że nigdy mnie nie kochała i odrzucała psychicznie, a moje uczucia/szczęście/zdanie miała gdzieś, to ja wreszcie jej wybaczę i przestanę czuć żal i pretensje. Jak babci udowodnię, że jest podła i niesprawiedliwa, robi ze mnie kalekę życiową, to pozwolę sobie z tego wyjść i stać się w pełni niezależną finansowo. Ponieważ one prędzej się przekręcą, niż przyznają do błędów to mogę sobie tak czekać i czekać…

Nie mogę zacząć osiągać sukcesy, bo wtedy straciłabym argumenty w postaci “zniszczyliście mi życie”. Mało wiarygodnie by wyglądała pretensja – niszczyliście mnie psychicznie całe dzieciństwo, w ustach spełnionej i szczęśliwej osoby, prawda? Przynajmniej w przypadku mojej rodziny, która wykorzystała by to by pokazać, że widać nie było tak źle, poza tym wszystko co dobre i tak zawdzięczam im (bo mama wysyłała mnie na lekcje angielskiego w podstawówce itp.). A ponieważ w środku za nic w świecie nie chcę by ich było górą, wolę niszczyć swoje życie niż dać im tą satysfakcję i stracisz szansę na przeprosiny…

Genialne, nieprawdaż?

Dodatkowo widzenia świata przez pryzmat swojej krzywdy sprawia, że staje się to podstawowy sposób reakcji i działania. Czyli nie tylko przyciągam do siebie problemy, zranienia i trudności, ale też zamiast trzeźwo szukać dobrych rozwiązań od razu odbieram sytuację jako jednoznaczną – sprawiającą mi cierpienie, stawiam się w roli bezradnej ofiary.

Oczywiście nie było nigdy tragicznie, bo świadomie dążyłam do szczęścia i sukcesu, co osłabiało negatywne działanie tych wzorców, ale wypadkowa nadal nie była zadowalająca.

To niesamowite jak bardzo można być przywiązanym do własnej krzywdy. Wcześniej nie rozumiałam czemu w snach wracam do pewnych sytuacji, choć już uzdrawiałam dany temat, wybaczałam związanym z nim osobom. Ale to było powierzchowne. Sama nie wiedziałam, ile niewybaczonych żali się we mnie kryje. Jak na sesji usłyszałam “i uwolnisz się od żali i pretensji do swoich rodziców…” na początku zaczęłam protestować – ja już NIC nie czuję, to jest uzdrowione!!! Tere fere, jedno odliczenie i jak mnie ogarnęły pretensje do nich to myślałam, że zacznę wyć z wściekłości na samą siebie :( ((

Ok, pretensje są uzasadnione. Rzeczywiście moja matka nigdy nie powinna zostać matką, a zachowanie reszty rodziny to klasyka toksyczności, u babci w wersji hardcorowej i prymitywnej. Ale rozpamiętywanie tego nic a nic nie da! Ale pś przekonana byłam, że to wybaczenie nic mi nie da, za to wysublimowana zemsta – TAK. Nie ma to jak traktować wybaczenie jako taki szlachetny, ale zupełnie nie przystający do rzeczywistości akt woli :/

Na razie jestem na etapie wychodzenia na wierzch całego poczucia odrzucenia (które jako temat do uzdrowienia zawsze olewałam, bo przecież MNIE NIE DOTYCZY…, jasne, bo jeszcze bym zmierzyła się z samotnością mojego dzieciństwa :/), bólu, żalu i pochodnych.

Jak na zajęciach było ćwiczenie: dobieramy się w pary i wyobrażamy sobie, że druga osoba jest konkretnym człowiekiem, do którego mamy najwięcej żalu i pretensji i mówimy mu to wszystko, czego nigdy nie mieliśmy siły/odwagi powiedzieć – u mnie – mamą, to ja nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa!!! Dopiero po jakimś czasie byłam w stanie mówić O mamie w osobie trzeciej, na zasadzie – bo mama to robiła i tak mnie bolało… A i tak się pobeczałam :( (( Cholera, nigdy nie słuchano i nie przejmowano się moimi uczuciami, to siedzi jeszcze tyle niewypowiedzianych :(

Teraz więc absolutnie wszystko co rodzice mówią i robią traktuję osobiście i prawie beczę. Jak babcia zmieszała ostatnio dziewczynę mojego brata z błotem (ordynarnie zaatakowała, upokorzyła, obraziła), bo ta śmiała nocować u moich rodziców, zamiast spokojnie wyjaśnić sprawę (okazało się, że ma 2 rozmowy kwalifikacyjne 2 dni pod rząd i nie miała gdzie spać, akademik zdany, rodzice moi zgodzili się bez problemów), we mnie zawrzało. Staruszka nie lubi dziewczyny od początku, bo jest pewna siebie i zaradna, poradzi sobie BEZ JEJ POMOCY!!!! i jeszcze pewnie mojego brata odciągnie od rodziny, więc wykorzystała okazję by dać upust swojej niechęci. Dziewczyna była zszokowana, że można tak potraktować drugiego człowieka, zwłaszcza potencjalnego członka rodziny. Uspokajałam ją u siebie 2 godziny, bo musiałam czym prędzej ewakuować się stamtąd. Poszła i pracę postała, ale dzięki temu, że sama jest emocjonalnie silna, więc jej to nie rozwaliło całkowicie.

W każdym razie poczułam niezwykłą solidarność z dziewczyną i mam ochotę skoczyć babci do gardła. Babcia odmówiła rozmowy z moim bratem, który chciał wyjaśnić sprawę. Stwierdziła, że porozmawia tylko z moimi rodzicami. Moja mama postanowiła odłożyć rozmową na lepsze czasy, jak babcia ochłonie, jak przemyślą jak to zrobić by nie psuć relacji rodzinnych… czyli jak zwykle nic nie powiedzą, bo co nie powiedzą to babcia się obrazi. Bo najważniejsze by babci nie zranić, za to jej wolno wszystko. To że być może rozwaliła związek mojego brata, już nikogo nie obchodzi… :/

Czasem mnie obrzydzenie bierze jak widzę co się w tej rodzinie dzieje… Nawet elementarnego poczucia przyzwoitości nie ma, zero szacunku do drugiego człowieka… Albo wpasowujesz się w rolę, jaką Ci narzucają (podporządkowanej ofiary losu), albo spierdzielaj gówniarzu, jesteś nikim i do nas nie dorastasz.

Dziewczyna jest naprawdę fajna i aż ZA porządna i to co babcia zrobiła, to więlkie skurwysyństwo.

Puścić wszystko co mnie z nimi wiąże, a poczucie krzywdy wiąże jak cholera, i olać. Całkowicie i do końca.

Mam 2 miesiące do najbliższych warsztatów, listę afirmacji, nagrane medytacje i modlitwę. Choćbym miała skonać, przerobię to do końca.

A zacznę od uwolnienia się od pretensji do samej siebie i mechanizmów samokarania się, bo to najbardziej daje mi popalić.

Level up

Czas płynie, a ja nie napisałam o seminarium Reiki II stopnia, w którym uczestniczyłam w zeszłym tygodniu. Nadrabiam więc zaległości, bo jest o czym pisać.

Cały dzień był niezwykły i bardzo przyjemny. Wyciągnęłam od rodziców mój stary rower, który został przywłaszczony przez brata, ponieważ do miejsca seminarium mogłam jechać albo na okrągło, płatnie i długim dojściem – autobusem. Albo na skróty przez pola – rowerem. Trasa okazała się przepiękna. Nie wiedziałam, że ten teren jest tak malowniczo pagórkowaty! I odkryłam kolejny las w moim sąsiedztwie. Tylko 4 litery bolały mnie niemożebnie, a brak kondycji dawał się we znaki :P

Seminarium luksusowe – tylko dla mnie. Mogłam więc nadawać tempo, zadawać pytania bez ograniczeń. Dzięki temu poznałam wiele odpowiedzi na ciekawiące mnie tematy i ku mojemu zdumieniu okazało się, że wiele rzeczy łączy się w logiczną całość, ale po kolei.

Kilka elementów II stopnia przerabialiśmy na I (elementy masażu) i na warsztatach, więc skupiliśmy się na wprowadzeniu 3 symboli i ich zastosowaniu. Wobec tych symboli narosło wiele legend i nieporozumień. Niektórzy traktują je jako magiczne, posiadające wielką moc same w sobie. Niby nie wolno ich posiadać narysowanymi itp. itd. A tak naprawdę w tradycyjnym Reiki japońskim te symbole to taki dodatek, który ma pomóc w medytacji nad pewnymi cechami, a efektem ubocznym ich rozwoju jest podwyższenie wibracji i siły uzdrawiania. Trudno się koncentrować na takich pojęciach jak miłość. moc, mądrość czy świadomość, bez jakiejś konkretnej formy. Te symbole, uproszczone zapisy kaligrafii japońskiej lub innych znaków, są właśnie taką formą, dodatkowo wzmocnioną przez myślokształt wszystkich medytujących na ten temat, tak więc od razu dostrajamy się do gotowego znaczenia.

Nie sądziłam, że te wrażenie będą tak silne i zupełnie odmienne dla poszczególnych znaków! Jeszcze przed inicjacją, gdy zrobiliśmy krótkie medytacje polegające na wczuwaniu się w znak (rysujesz go przed sobą dużej wielości i do niech wchodzisz) pierwszy wyraźnie kojarzył mi się z metalem, siłą, zdecydowaniem – niczym miecz gotowy do akcji. Trzeci, związany z zablokowaną u mnie i rozpracowywaną ostatnio czakrą gardła natychmiastowo wywołał u mnie zawroty głowy, a potem takie uczucie krystalicznej, świetlistej przestrzeni – wspaniałe doświadczenie. Natomiast drugi znak był ciepły i taki przyjazny, natomiast stosowany w odpowiedniej kolejności w czasie uzdrawiania natychmiast rozkręca mi serce.

Bardzo się cieszę, że seminarium wyglądało tak jak wyglądało, zamiast “to są magiczne znaki, macie je używać tak i tak, do widzenia”. Było głęboko i pięknie, dochodziliśmy do samego sedna i podstawowego znaczenia tych znaków i celu medytacji nad nimi. Chodzi o rozwinięcie w sobie i harmonię tych trzech cech: mocy, miłości i mądrości.  Ja wyraźnie poczułam, choć w sumie widziałam o tym od dawna, że mam problem z pierwszą i wyrażaniem tej ostatniej. Brakuje mi siły konsekwentnego działania, za dużo we mnie wątpliwości i oporów by realizować pełne sukcesy w moim życiu. Nad gardłem pracuję cały czas, bo tu są zakodowane wszelkie ograniczenia w byciu sobą, wyrażaniu siebie. Za każdym razem jak powtarzam afirmacje uwalniające mnie od uzależnienia od rodziny, pozwalające mi na pełną samodzielność i sukcesy, to czuję, że mnie tam boli i ściska. Splot też się włącza, jako że ograniczenia pozbawiają mnie mocy. W trakcie rozmowy powiedziałam, że od jakiegoś czasu nasilił się u mnie lęk wysokości, teraz mam zawroty głowy jak tylko wyjdę na balkon, o przechylaniu się przez barierkę nie ma mowy. Prowadzący mi uświadomił, że przecież przestrzeń jest związana z czakramem gardła, nic dziwnego, że gdy tam wychodzą opory i blokady, to mi wszystko szwankuje z tym czakramem związane. No, po kliku dniach jest postęp, mogę dojść do barierki :P

Stosując symbole można działać bezpośrednio na czakramy, oczyszczać je, harmonizować i wzmacniać. Działa to znacznie szybciej i mocniej niż na pierwszym stopniu. Bo pierwszy stopień Reiki jest niezwykle fizyczny. Skupia się na fizycznych dolegliwościach i nie wnika w ich mentalno-emocjonalne przyczyny. Natomiast drugi stopień jest już bardziej mentalny. Służy do zrobienia porządku z tym co stoi za wszelkimi problemami – wspiera terapie mentalne (afirmowanie, wizualizacje), pomaga uspokoić, uzdrowić emocje.

Ja na tej płaszczyźnie pracuję już od dawna, teraz mam dodatkowe narzędzie by swoja pracę usprawnić i przyspieszyć.

Za jakiś czas, gdy symbole spełnią już swoją edukacyjną rolę, trzeba je będzie wyrzucić z umysłu, by nie dostrajać się do myślokształtów, które się już przerosło. Ale na razie mam tutaj jeszcze wiele do zrobienia

Opublikowane w:  on 24 czerwiec 2008 at 10:07 Dodaj komentarz
Tags:

Haha jak lekko mi :)

Weeeee jak mi dobrze :D

Bardzo się cieszę, że poszłam na warsztaty. Choć drugi dzień był cięższy i zaraz po sesji miałam ochotę mojego Ukochanego zabić (całą moją sesję atakował mnie energetycznie aż mnie głowa rozbolała, uwalniałam się też od jego wampiryzmu energetycznego na nie itp), co jak stwierdzili znajomi po prostu miałam wypisane na twarzy, to całe to uzdrowienie przyniosło wspaniałe efekty a ja nabrałam wiary w lepszą przyszłość.

Co prawda jeszcze 2 dni po sesji byłam bardziej “Chmurką” niż “Słoneczkiem”, a raczej chmurą gradową, to zaowocowało to kategorycznym postawieniem kilku granic i postawieniem sytuacji jasno – jak jeszcze raz coś takiego będzie miało miejsce to się pożegnamy. Druga strona przejęła się straszliwie, sam biegał do prowadzącego co zrobić by się mechanizmów atakowania mnie itp pozbyć i od razu przystąpił do intensywnej pracy nad spacyfikowaniem owych skłonności. (Do tego skacze wokół mnie tak bardzo, że czasem aż się zastanawiam czy go nie wykorzystuję, ale to taka miła odmiana…. ;) )

Ja też dowiedziałam się co robiłam/myślałam źle. Zrozumiałam, że nastawianie się na harmonię uczuć i celów to za mało, potrzebna jest jeszcze harmonia energii, która takie atrakcje związkowy wyklucza, więc mam stosowną afirmację do przepracowania. Co prawda na sesji pogadałam sobie z moją regreserką i wyszło na jaw, że miała kiedyś związek bardzo podobny do mojego. Zna te wszystkie zachowania i moje dylematy. I też nie chodzi o to, że partner nie rozwijał się, ale że rozwijał się znacznie wolniej od niej i w pewnym momencie między nimi pojawiła się przepaść nie do przeskoczenia. Ja mam świadomość, że tak może być, że to bardzo prawdopodobne, ale też nie pewne. Nie ma sensu się na nic nastawiać, muszę zrobić to co w innych sytuacjach – otworzyć się na to, by działo się to co najlepsze i ufać, że tak właśnie się stanie. Inaczej się zamęczę.

Ale musiałam się jeszcze wygadać, troszkę wyżalić na mego lubego i uzyskać nie głaskanie po główce, ale konkretne konstruktywne porady i sugestie. Tutaj na medal sprawdziły się znajome z warsztatów (nota bene kilkanaście, 20 lat ode mnie starsze), które zaprosiły mnie do siebie na pogaduchy. Tak to jest, że jak człowiek gada, wyrzuci coś z siebie, to sam uświadamia sobie jak jest i co powinien zrobić. Tak było i tym razem. Uświadomiłam sobie, że choć teraz jest okres testowy – by sprawdzić ile się zmieni, w jaką stronę pójdzie nasza relacja. To jednak bardzo, ale to bardzo Go kocham i to naprawdę fajny i wyjątkowy facet. (Co obie przyznały). Ale jednocześnie wszystkie widzimy ciężki kaliber wzorców jakie ma (wojownik, walka, konflikty jako podstawa działania) i że musi z nimi zrobić porządek. No, ale ja muszę zrobić porządek ze swoją podatnością na tego typu ataki, samooceną, poczuciem winy, które przyciąga trudności jako karę i jeszcze paroma innymi rzeczami.

W każdym razie stwierdziłam, że bez względu na to gdzie będziemy za kilka miesięcy i jaką ostatecznie decyzję podejmę, to nie zamierzam tłumić miłości jaką czuję i mam ochotę obdarzać nią drugą osobę.

Może to dla wielu być dziwne. Tak często związki kończą się nienawiścią do drugiej osoby, lub chociaż obojętnością – wypaleniem uczuć. Jednak nas wiąże coś specjalnego, miłość, która przetrwała tysiąclecia wspólnych relacji karmicznych i czyni naszą relację nieporównywalna z niczym innym. Kochałam go zanim kiedykolwiek oblekłam się w ciało stając się kobietą lub mężczyzną, ta miłość jest częścią nas i nie może zgasnąć. Można ją stłumić, zablokować za pomocą różnych wzorców, ale to byłoby blokowanie się na miłość w ogóle. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że może się okazać, że On pewnych rzeczy w sobie nie uzdrowi i szczęśliwe bycie ze sobą będzie niemożliwe. Wtedy podejmę decyzję zgodną z tym co będzie dla mnie najlepsze. Kiedyś już odeszłam od niego, wiem jak to jest trudne i wiem też, że On zrobi wszystko bym tego nie zrobiła ponownie. Poza tym, patrząc na obecne życie – rozstanie mu się po prostu nie opłaca ;)

Ale pozostawienie świadomości faktów w umyśle wraz z konsekwentnym realizowaniem podjętych decyzji, przy jednoczesnym odblokowaniu pozytywnych uczuć, dało efekt spokoju i niezwykłej lekkości we mnie. Czasem to jest naruszane przez dalszą pracę nad wykorzenieniem do końca inhibitorów – ograniczeń wyniesionych od rodzinki, ale jednocześnie czuję, że teraz namierzyłam ostatnie filary, na których się one trzymały i wreszcie mogę być wolna.

Okazało się, że tak wiele osób ma problemy z tymi inhibitorami, że zmieniamy plan zajęć i przeszłe i kilka kolejnych będą poświęcone temu tematowi. Ale napiszę o tym w osobnej notce.

Opublikowane w:  on 1 czerwiec 2008 at 20:27 Dodaj komentarz

Na warsztaty nadszedł czas

Chciałam zrezygnować z tych warsztatów, za tydzień mam II stopień Reiki i na obie rzeczy może nie wystarczyć pieniędzy, nie mówiąc o posiadaniu kolejnych weekendów zajętych. Ale uznałam, że trzeba zrobić porządek z tymi wszystkimi emocjami, niepewnością i zagubieniem + pełnoobjawową depresją, która z przerwami męczyła mnie po ostatnich związkowych przejściach. On sam przyznał, że boi się i nie chce żebym szła. A nuż uświadomię sobie coś nowego, zrzucę i uodpornię się na kolejne manipulacje… Powiedziałam mu tylko, że lepiej bym zrobiła to szybko, bo wtedy będę czuła tylko żal, ale przetrzymane dłużej mogłoby sprawić, że go po prostu znienawidzę. Nikt nie lubi być oszukiwany.

Dodatkowo, z pomocą znajomej z forum, zrozumiałam sen, który prześladował mnie od jakiegoś czasu. Ten sam motyw: wracam z jakiś dalekich wojaży (tak jak kilka lat temu z wakacji z USA), ale wracam nie do mojego mieszkania tylko do starego pokoju w domu rodziców. Wszyscy traktują to jako oczywistość i chcą mnie zatrzymać. Przebudowują mi pokój, uatrakcyjniając pobyt itp. Ale ja wiem, że przecież mam już własny dom, nie chcę zostać, pakuję się i wychodzę.

Przez długi czas myślałam, że sen świadczy o tym, że coś mnie jeszcze wiąże z rodziną i nie mogę w pełni wejść w dorosłe życie, ale to zupełnie nie o rodzinę chodzi. Wszystko rozbija się o to, że narzuciłam sobie zbyt szybkie tempo rozwoju. Po uzdrowieniu jakiegoś tematu, zamiast cieszyć się pozytywnymi tego konsekwencjami, ugruntowywać te pozytywy, ja zaczynałam kolejny. Przerabianie każdego nowego tematu wiąże się z czasowym pogorszeniem samopoczucia, bo naruszasz swój obraz świata, czasem mocno dotykasz najgłębszych i najboleśniejszych uczuć. Nie dają sobie czasu by naprawdę odpocząć sprawiałam, że moje samopoczucie spadało i poruszałam się dalej tylko siłą woli. Tak jak z tym powrotem do mieszkania – pś nie widziała w tym nic dobrego, było jej dobrze w tym co stare, już z grubsza pouzdrawiane, więc nawet przyjemniejsze niż kiedyś. Nie chciała wziąć na wiarę, że dalej będzie jeszcze lepiej, bo nie pozwalałam jej poczuć to “lepiej”. Tak się kończy jak się ambicję spuszcza ze smyczy :/ Dlatego pojawiło się we mnie zwątpienie – co jest najlepsze? Bo skoro miało być tak dobrze to czemu jest tak źle. Teraz wiem, gdzie tkwił problem i po pozwoleniu sobie na przerwę i skupieniu by dokończyć i pozytywnie ugruntować wcześniej ruszone tematy a potem sie tym uzdrowieniem nacieszyć zanim ruszę dalej, moje samopoczucie znacznie się poprawiło.

Tak więc pierwszego dnia zaczęłam jeszcze bardziej drążyć temat ograniczeń przejętych od rodziców. Chociaż jestem dumna z tego, że nie reaguję na mówione i działanie prowokacje, to nadal działają na mnie te energetyczne, podprogowe, wraz z kodowanymi wcześniej w ten sposób ograniczeniami. Już nie tak silne jak kiedyś, ale nadal aktywne i zbyteczne. Okazało się, że problemy z tzw. inhibitorami rozwoju – czuli ograniczeniami, które pozwalają Ci dojść tylko do pewnego etapu w życiu i ani krok dalej, ma cała grupa. Tak więc program zajęć został zmodyfikowany by się tym zająć. Choć to temat szeroki – na kilka zajęć z rzędu.

Ja na sesji uświadomiłam sobie jedno z takich ograniczeń – lęk przed byciem uznaną za nienormalną. W połowie liceum, gdy każdy nastolatek zaczyna podważać autorytet swoich rodziców, a ja do tego zaczęłam rozwijać się duchowo, więc zmiany i moja rosnąca świadomość były znaczne. Rodzice uznali, że coś ze mną nie tak i wysłali mnie na obserwację do młodzieżowego szpitala psychiatrycznego. Odkąd tam przybyłam wszyscy mnie pytali co ja tam właściwie robię, stwierdzono u mnie najwyżej lekką depresję (nie dziwne po takim numerze jaki wykręcili kochani rodzice). Ja całe te 2 tyg przespałam uciekając od tego co się działo na wydziale i …. od własnych uczuć. Nawet długo po wyjściu zmieniałam całą tą historię w żart. Wczoraj skonfrontowałam się z tym całym smutkiem i niewyobrażalnym poczuciem porzucenia, odtrącenia, krzywdy… Uświadomiłam sobie tez wszystkie decyzje jakie podjęłam by tam nie wrócić – wszystkie starania by uchodzić na “normalną”. Wyrzekłam się zdolności jakie miałam od dzieciństwa – dla mnie było od dziecka oczywiste, że widzę i czuję energie, czuję obecność i rozmawiam z moim aniołem stróżem (i On mi pomaga!), ale ponieważ tylko ja tak miałam w mojej rodzinie, to z tego zrezygnowałam dopasowując się do większości. To poświęcenie zabiło moją radość życia, odebrałam sobie tak ważną część mnie i nigdy tego nie przebolałam do końca. Nawet po latach, gdy zaczęłam świadomie pracować z energiami, wszystkie moje zdolności były stłumione, bo pś nadal się bała je rozwijać.

jeszcze jednak, bardzo ważna sprawa. Uświadomiłam sobie, że także w tym inhibitorze jest przyczyna tego, że na wszystko staram sie znaleźć racjonalne wytłumaczenie i argument. Tzn, jeśli rozmawiam z mamą i ona zaczyna odstawiać cyrki, to choć chciałabym w obronie własnej psychiki i energetyki po prostu wyjść, nie mogę zrobić tego od tak sobie, bo tak postępują LUDZIE NIENORMALNI! Żadnej irracjonalności w postępowaniu. Jeśli znajdę argument, który mama przyjemnie, lub brzmi on na tyle sensownie, że sama wiem, że mogę w przypadku oskarżeń o bycie stukniętą nim się obronić, to wtedy pozwalam sobie to zrobić. Podobnie jak oficjalnie rozmawiamy i niby jest ok, a energetycznie od strony mamy idą straszne ataki, podprogowo mówi ona też zupełnie coś innego niż słownie, to też nie uważałam swojego przeczucia/jasnowidzenia/intuicji za na tyle wiarygodną (dla innych) by się tym kierować. Przez to nie broniłam siebie i oni to czuli i wykorzystywali.

Wykorzystywali perfidnie, to ja przecież byłam naznaczona psychiatrykiem, nie oni. Tylko dlatego, że choć ich stan jest i zawsze był znacznie cięższy niż mój kiedykolwiek był, to nigdy się porządnie nie leczyli. Tata może dostawać szału, wychodzić w kapciach w zamieć, albo wysiadać z samochodu na środki ruchliwego skrzyżowania, ale jest ok. Mam co prawda chodziła do psychologa, ale to było śmiechu warte. I tak zamiast przyznać się do depresji – choroby, że ona zakłóca jej postrzeganie, ona robiła z siebie ofiarę – że jest nieszczęśliwa przez nas. Więc jakby nic nigdy nie było.

A ja się bałam i etykietki i tego, że znów mnie zamkną. Nawet gdy świadomie wiedziałam, że nie ma czego się bać, to przecież nie o świadome nastawienie tu chodzi.

Mam nadzieję, że puściło to do końca. Ja czuję, że zamierzam być wierna sobie, nawet jeśli dla innych moje zachowanie jest irracjonalne i nadają mu taką etykietkę jaka jest dla nich wygodna.

A energie wczoraj wieczorem na sali widziałam niesamowite :D

Dziś dzień drugi.

Opublikowane w:  on 25 maj 2008 at 08:39 Komentarze (2)

Na drodze Reiki – ciąg dalszy

Po pierwszych sukcesach w uzdrawianiu Reiki siebie i mojego partnera, postanowiłam odświerzyć sobie techniki i nauczyć się czegoś nowego. Udało mi się jedno i drugie, i w ciągu 2 dni powtórzyłam seminarium I stopnia i wzięłam udział w warsztacie dodatkowym.

Jestem bardzo zadowolona. Za drugim razem lepiej zrozumiałam pewne elementy, zakochałam się w energetyzującej i podnoszącej wibracje medytacji i poznałam pewne niuanse, które wcześniej były mi nieznane.

Postanowiłam uczestniczyć w comiesięcznych zebraniach koła Reiki. Takie doszkalanie się i wspólne ćwiczenia. Szykuje się też kurs Ii stopnia i warsztaty chodzenia po ogniu :)

Poza tym czego się nauczyłam po prostu bardzo miło spędziłam czas. Rozmowom na tematy różne nie było końca. Jak zwykle byłam jednym z najmłodszych uczestników spotkania, ale do tego już się przyzwyczaiłam :)

Te dwa dni dały mi jeszcze coś. Zarówno pierwszego jak i drugiego dnia, jedna z uczestniczek spotkania wyjątkowo działała mi na nerwy. Za każdym razem była to inna osoba, ale jej zachowanie, wygląd drażnił mnie w sposób , który trudno było ignorować. Starsze panie, jedna trochę zdziwaczała i zadająca pytania, które przy mojej wiedzy świadczyły o kompletnej ignorancji w temacie; druga bardzo zaniedbana – po prostu tłusta i brzydka, wiecznie ponura i milcząca. Ponieważ znam zasadę działania świadomości lustra, szybko sobie uświadomiłam, że projektuję na nich to czego nie akceptuję lub obawiam się w sobie. Widząc je w takim krzywym zwierciadle mogłam w nich potępiać to, co mnie drażni u mnie i za skrajną manifestację pewnych tendencji, o które obwiniam samą siebie.

Jak sobie to uświadomiłam zaczęłam je widzieć w innym świetle, z większą wyrozumiałością. Głupkowata kobitka okazała się być odważną osobą, która przełamuje się by zadawać pytania, chcąc zrozumieć jak najwięcej, nawet jeśli ma przy okazji zrobić z siebie idiotkę. A ponury babsztyl okazał się być skrajnie przerażoną i zakompleksioną, po bliższym poznaniu sympatyczną kobietą.

Na siebie samą też zaczęłam patrzeć inaczej. Ok, może i mam pewne wady, rzeczy nieuzdrowione do końca, ale to jest w porządku. Pracuję nad tym, kiedyś się z nimi uporam, ale już teraz jestem wartościowym człowiekiem. Tak jak i tamte panie.

A po reinicjacji znów przechodzę przez silne oczyszczanie, co najprzyjemniejsze nie jest. Niemniej jednak ostatnio mój poziom energetyczny i ogólna kondycja poprawiły się na tyle, że ja – nocny marek, budzę się sama z siebie, rześka i pełna energii coraz wcześniej – dziś po 6.  Potrzebuję coraz mniej snu. Mam coraz więcej energii. I tak trzymać :)

Opublikowane w:  on 21 kwiecień 2008 at 18:55 Dodaj komentarz