Zdaję sobie sprawę, że przez ostatnie miesiące blogowałam znacznie mniej niż kiedyś, i choć praca i szereg zajęć byłyby wystarczającym wytłumaczeniem, to ja wiem, że bardzo powierzchownym.
Bo tak naprawdę to nie wiedziałam co pisać.
Weszłam w bardzo trudny okres w moim rozwoju, czas poznawania tych mniej przyjemnych stron samej siebie. Uświadamiania sobie o co mi tak właściwie w życiu chodzi i na jakiej postawie buduję relacje i dlaczego podejmuję takie a nie inne decyzje.
Niby wcześniej też wiele dowiadywałam się o sobie, ale nigdy wcześniej nie kopałam tak głęboko i nigdy nie poznałam tylu zawstydzających rzeczy odnośnie samej siebie.
Czułam, że dotarłam do fundamentu całego mojego życia. Moich podstawowych pragnień, lęków i motywacji i nie był to miły obraz. Okazało się, że głęboko jestem mściwą, bezlitosną, pełną gniewu i zaślepioną dawnym bólem kobietą. Egoistką niezdolną do bezinteresowności (czego nie było widać, bo często zachowywałam się tak jak czułam, że powinnam się zachować, choć nie płynęło to z serca).
Walczyłam ze wszystkimi i wszystkim, a jakim kosztem, to jakoś latami umykało mojej uwadze. To wszystko było przykryte grubą warstwą mechanizmów okłamywania samej siebie, grania ofiary i szlachetnego “dążenia do sprawiedliwości”. W środku jednak wiedziałam jaka jestem i gardziłam sobą coraz bardziej.
I gdy zaczęłam sobie to wszystko po kolei uświadamiać (z wielką niechęcią) moja samoocena, którą udało mi się podnieść do przyzwoitego poziomu, poleciała na łeb na szyję.
Musiałam sobie wszystko przewartościować na nowo. Zrozumieć, wyprostować. Zdecydować kim jestem i na jakich fundamentów chcę budować moje życie. Co jest dla mnie naprawdę najważniejsze i uwierzyć, że mogę to osiągnąć.
Było ciężko. Czułam, że grunt usuwa mi się pod nogami, nie wiem co mam myśleć o sobie i swoim życiu.
Po raz pierwszy naprawdę bałam się iść na sesję. Obawiałam się tego, co tym razem sobie uświadomię, który z “pewników” mojego życia runie tym razem. Jednak miałam już tak dość życia w kłamstwie i zamotania, że szłam i z pokorą przystępowałam do uzdrawiania kolejnych kawałków mojego życia.
Niektórzy nazywają taki czas “Ciemną nocą zmysłów”. Gdy spotykamy własny mrok czasem wydaje nam się, że nas to przerasta. Chce nam się wyć. Tracimy siły i resztki radości życia. Jednak żaden inny czas nie przynosi tyle zrozumienia, świadomości i inspiracji. Gdy noc dobiega końca jesteśmy w jakiś sposób odnowieni, silniejsi i prawdziwsi.
Tak to właśnie czuję, że wszystko jest teraz szczersze, bardziej autentyczne. Pogodziłam się z samą sobą i w pewien sposób czuję się spokojniejsza i pewniejsza siebie niż kiedyś. Doceniam swoje mocne strony i po kolei przerabiam te słabe. Nie czuję potrzeby lukrowania swojego wizerunku, przestałam się też przejmować tym, co myślą na mój temat inni. Zrozumiałam, że wielu ludzi nie interesuje prawda, a mądrzy ludzie nie czują potrzeby osądzania. Kiedyś czułam potrzebę bronienia się przed oskarżeniami, a teraz szkoda mi na to czasu. Po prostu nie tłumaczę się i robię swoje, a tych, którzy kiedyś manipulowali moimi emocjami szlak trafia.
Jednocześnie wielkiemu uzdrowieniu uległy moje relacje, zwłaszcza z mężczyznami. Musiałam zmierzyć się z olbrzymimi lękami, żalem i nienawiścią do rodu męskiego (z wyjątkiem Mojego Mężczyzny, ale ta relacja zawsze rządziła się swoimi prawami), mechanizmami budowania konfliktów w celu nabrania “bezpiecznego” dystansu, obawami przed otworzeniem się na drugiego człowieka.
Nie twierdzę, że jest już idealnie, ale po raz pierwszy od dawna czuję w swoim sercu miłość bezwarunkową i pełną ufności, bez niewyłączającego się sondowania sytuacji i mechanizmów kontroli nad nią. Jednocześnie pozbyłam się uzależnień i zaślepień w relacjach i zupełnie inaczej na nie patrzę, inaczej reaguję. Jest swobodniej, bez utartych schematów, za to z większą adekwatnością reakcji do sytuacji – zamiast reagować z poziomu lęku po prostu patrzę z czym mam do czynienia i szukam najlepszych rozwiązań w danej sytuacji.
A samoocenę buduję od nowa, tym razem nie w oparciu o zamki z piasku, ale solidne fundamenty.
Tak jest znacznie lepiej.
Czuję, że zaczął się zupełnie nowy rozdział mojego życia.
A na podkreślenie zmian – nowy szablon bloga.